Złowieni na kulkę sera

5 października 2013 at 23:00

SONY DSC

– Bracie Francesco, bracie Francesco – już z daleka krzyczał nowicjusz Wiktor – bracia Rajmund i Apolinary wrócili z Monte Cassino.

Młody zakonnik pędził przez zagony z warzywami.
Brat Francesco doglądał jednego z młodych bawołów, który brykając nad rzeką skręcił nogę. Odwrócił z wolna głowę w kierunku rozentuzjazmowanego młodzieńca. Widać spieszno mu było, bo przeskoczył nad kapustą, pietruchą i nawet fasolą, choć z większą trudnością, 😉 zamiast kulturalnie podążać wyznaczoną ścieżką. Gdy dobiegł do obory zdyszany dokończył:
– Wrócili bracia z Monte Cassino, wszakże bardzo zmęczeni i prosili o czas na krótki odpoczynek, jednak obiecali, że na wieczerzę zejdą. Opat kazał mi zatem sprowadzić brata, by przygotować co nieco lepszego na posiłek.
Starszy mnich podniósł się ze stołka i ruszył wraz z Wiktorem w stronę klasztoru.

Brat Francesco od zawsze mieszkał w  Kampanii, a mówiąc dokładniej w rejonie samej Kapui, we wsi Marzanello odległej o 30 km na północ w kierunku Cassino. Pochodził z bardzo religijnej rodziny i od dziecka fascynowała go historia św. Benedykta z Nursji, dzieje pierwszego klasztoru benedyktynów na wzgórzu Monte Cassino, czy prace, których podejmowali się mnisi za grubymi murami: zielarstwo, ogrodnictwo i przepisywanie manuskryptów. Jako że pochodził z rodziny rolniczej, która od pokoleń hodowała bawoły, na tym znał się najlepiej i tym też zajął, gdy wstąpił do zgromadzenia. Wyszedł nawet z inicjatywą, by produkować biały ser z mleka bawolic. A że mottem benedyktynów jest ‘módl się i pracuj’ i praca jest dla nich źródłem utrzymania i możliwością pomocy potrzebującym, zwierzchnicy poparli jego pomysł i tak już od bez mała 30 lat brat Francesco niemal całe dnie poświęcał małej mleczarni. Marzyło mu się Monte Cassino, niestety ślubem stabilitas loci związany był ze wspólnotą w Kapui.

Był czas, gdy ze zniszczonego klasztoru na Monte Cassino mnisi przenieśli się do Kapui i  tutejszy dom zakonny stał się najważniejszy. Od kiedy jednak zaczęto odbudowę konwentu na wzgórzu przy wsi Cassino, odzyskał swoją pozycję i co więcej, z roku na rok rósł w potęgę. Przeżywał obecnie swoje najlepsze lata. Takie informacje przynosili bracia lub pielgrzymi stamtąd wracający.

Również tym razem bracia Rajmund i Apolinary mogliby godzinami opowiadać o wspaniałościach Monte Cassino, zachęcani dodatkowo przez wypytujących o szczegóły współbraci. Wieczerza, choć skromna, przeciągnęła się wyjątkowo do późnych godzin. Zważywszy na niecodzienność sytuacji, opat zezwolił na odstępstwo od codziennej reguły.
– Brakowało nam twojego sera, bracie Francesco. Próżno by go szukać w całej prowincji i mogą nam pozazdrościć sami mnisi z Monte Cassino – powiedział brat Apolinary zbierając puste naczynie.
– U nas go nie zabraknie, póki mi nie zabraknie sił – z uśmiechem odpowiedział starszy wiekiem zakonnik powoli zmierzając w stronę korytarza
Przed drzwiami do celi zatrzymał go jeszcze opat:
– Bracie Francesco, docierają do mnie zewsząd pochwały waszego sera. W przyszłym tygodniu mamy Dni Krzyżowe, jak zapewne brat pamięta. Czy moglibyśmy serem poczęstować uczestników ze wsi, tzn. czy jest brat w stanie przygotować odpowiednią ilość? Byłoby dobrze podzielić się tym, co mamy najlepsze, z naszymi parafianami.
– Z wielką chęcią, ojcze Witalisie. Jednak wśród okolicznej ludności wielu gospodarzy hoduje bawoły i wielu z nich produkuje sery znacznie smaczniejsze.
– Nie doceniasz swojej pracy, bracie Francesco – powiedział opat. Na odchodne jeszcze dodał:
– Jeśli będzie potrzeba, któryś z nowicjuszy może zostać przydzielony do pomocy.

Brat Francesco zasypiał rozmyślając o tym, jak rozplanować pracę na kolejne dni.
Przygotowywanie sera nie było ani szczególnie pracochłonne, ani czasochłonne. Konieczne było jednak kontrolowanie temperatury. Co wymagało wprawy i doświadczenia, to nadawanie serowi odpowiedniej konsystencji. Gorącą masę brat ugniatał i rozciągał, dzieląc następnie na odpowiednie porcje. Zawsze robił wszystko sam…
„Chyba nie mam w sobie takiego zaufania do nowicjuszy, by powierzyć im którąkolwiek z czynności. Ale może mógłby ktoś pomóc mi w podnoszeniu i przenoszeniu naczyń…” – zasypiał modląc się do św. Wawrzyńca, patrona kapuańskiego kościoła i św.Teodula, patrona serowarów.
W sobotę zabrał się od rana do pracy, by przygotować odpowiednią ilość sera. Nie miał większych zapasów, ponieważ nie można go było przechowywać długo. „Do poniedziałku powinien zachować świeżość”- pomyślał brat Francesco mieszając i podgrzewając zsiadłe mleko. Pod wieczór mnóstwo serowych kul trafiło do serwatki, aby po niedzieli można było nimi uraczyć uczestników procesji.

Czy brat się przeliczył, czy nie docenił mieszkańców Kapui, nie sposób osądzić.
– Nie starczy dla wszystkich – powiedział zaniepokojony do przygotowującego zwykle posiłki brata Sergiusza.
– Musi starczyć, jakoś podzielimy to, co jest. Nie przejmuj się, w tym akurat jestem dobry – uspokajał drugi mnich.
I rzeczywiście ani sera, ani chleba nie zabrakło.
Kolejnego dnia sera było więcej, ale i więcej uczestników procesji. I znów powtórzyła się historia  – sera starczyło, ale podzielonego na odpowiednio małe porcje.
– Czyżby prognozy pogody były nieprzychylne? – żartował brat Sergiusz, gdyż uczestników procesji przybywało z każdym dniem .
– Bracie Francesco, jak nazywa się ten ser? – zapytał jeden z Kapuańczyków. – Nigdy dotąd nie jedliśmy białego sera tak delikatnego i potwierdza to każdy, kto przychodzi waszego sera posmakować.
– To już wiem, co jest przyczyną obecności tych tłumów…- uśmiechnął się benedyktyński serowar – W mojej rodzinie ser nazywano mozza, ze względu na częste krojenie podczas wytwarzania.
– Nawet pasuje, zważywszy na małe kawałki, jakimi musieliśmy częstować wiernych – zażartował brat Sergiusz.

I poszła wiadomość w świat, że mnisi od św.Wawrzyńca rozdają wiernym ser mozza i że takiego sera nie znajdziesz nawet na Monte Cassino.
A tradycją stało się, że benedyktyni z Kapui częstowali chlebem i serem pielgrzymów, którzy procesją docierali do ich klasztoru.

Fakty

Bibliografia