Ziemniaka podróże małe i duże

8 marca 2014 at 23:00

Słońce unosiło się coraz wyżej i coraz mocniej dawało we znaki załodze, która w pośpiechu ładowała na karakę ostatnie skrzynie. Tymczasem pod pokładem…
– Nie chcesz popatrzeć? Przy oknie starczy miejsca dla nas dwóch – proponował Taten.
– Zaczynam wątpić, czy to był dobry pomysł, by pchać się na ten wózek – odpowiedział zaniepokojony Gromper. – Przywieźli nas na jakiś statek, wsadzili do ciemnego, zatłoczonego pomieszczenia…
– A co myślałeś? Że zawiozą nas wózkiem na lepiej nasłonecznioną stronę wzgórza? Przecież proponując ci podróż nie miałem na myśli przejażdżki po okolicy, lecz prawdziwą wyprawę w dalekie, nieznane…- rozmarzył się spragniony przygód bohater.
-Ale mi tu było całkiem dobrze. Może jeszcze wrócę – Gromper zapalił się do tej myśli i niezwłocznie podjął próbę wyswobodzenia się.
-Wrócisz ?!? Ciekawe, jak.
W tym momencie poczuli drgnięcie karaki.
– Za późno, ruszamy – z uśmiechem pełnym satysfakcji zauważył Taten. – Lepiej przestań marudzić, przysuń się bliżej okna i korzystaj z podróży. Czeka nas przygoda życia!!

Ów podróż marzeń trwała ponad trzy miesiące. Co jakiś czas ktoś z załogi zaglądał pod pokład i donosił wodę. Po kilkunastu dniach nawet nasz rozentuzjazmowany podróżnik zaczął tęsknić za słońcem. Więc obaj towarzysze, trudno ocenić czy wciąż jeszcze przygody, czy już niedoli, wypatrywali oczy z nadzieją, że zobaczą wkrótce ląd i wypuści ich ktoś z tego więzienia na świeże powietrze. Jakże niezmierna była zatem ich radość, gdy w końcu ujrzeli długo wyczekiwany skrawek ziemi. Ku zaskoczeniu Grompera, wystarczyła cienka ciemna linia na horyzoncie, by Taten odzyskał całą werwę i pogodę ducha.
-Na twoim miejscu poczekałbym z tą radością do czasu, aż umieszczą nas w jakimś wygodnym lokum i zaczną odpowiednio dokarmiać – narzekał Gromper.
– Zobaczysz, jeszcze będziesz mi dziękował za to, że ze mną tu trafiłeś – odciął się drugi z przyjaciół.
Do pomieszczenia pod pokładem wpadł snop światła.
– Idą po nas – w głosie Grompera dało się usłyszeć nutę niepokoju.
– Nareszcie!!!

Załadowani zostali na wóz, gdzie czekało już mnóstwo innych pasażerów. W kącie dostrzegli nawet znajomych.
– Uśmiechnij się – powiedział Taten, szturchając kolegę i szczerząc się przy tym szeroko.
– Nie mam ochoty. Zobacz, Lilek Brambor i jego banda też nie wyglądają na najszczęśliwszych.
– I właśnie dlatego musimy się uśmiechać.
Chwilę później wóz ruszył w nieznane. Jak długo i jak daleko jechali, nie sposób powiedzieć, gdyż nie widzieli nic – przykryci plandeką stracili poczucie czasu i orientację w terenie. Gdy tylko dotarli na miejsce, natychmiast wokół nich zrobiło się niemałe zamieszanie. Pochylali się nad nimi, przyglądali, a co śmielsi podawali z rąk do rak, wykrzykując przy tym niezrozumiałe słowa. Ostatecznie całe towarzystwo z wozu umieszczone zostało w przydomowym ogrodzie. Dzień w dzień zachwytów nie było końca. Dopóki nie posmakowano bulwy. Może oczekiwania były zbyt wygórowane…
Taten i Gromper byli świadkami takiej rozmowy:
– Ojcze, zostawmy w ogrodzie choć część. Może i są niesmaczne, ale zobacz, jakie śliczne mają kwiatki, białe i jasnofioletowe.
– Moja droga – powiedział ojciec uśmiechając się na słowa córki- znam twoje zamiłowanie do roślinek i kwiatków i wiem, że gdyby to od ciebie zależało, pozwoliłabyś rosnąć na grządkach nawet trawie. To miały być rośliny, które nas wyżywią, a tymczasem, jak sama zauważyłaś, są niesmaczne.
– Dajmy im jeszcze szansę, może coś robimy nie tak. Może tam daleko w Ameryce mają jakieś sposoby.
– Słyszałeś tę przemądrzałą małolatę? – oburzył się Taten. – Też znawca się znalazł. My niesmaczne. Od tysięcy lat zajadają się nami i nie jedna rodzina dzięki nam przetrwała. Może ci ludzie są jacyś inni, tacy biali.
– Siedź cicho. Jeśli zostaniemy w ogrodzie to właśnie dzięki niej.
– Czuję, że robię się żółty ze złości.

W ogrodzie pozostali, jednak coraz rzadziej ktokolwiek do nich zaglądał. Poza dziwnym mężczyzną, który wyróżniał się strojem i fryzurą i wyjątkowo interesował naszymi gagatkami. Mówiono o nim monje, czyli mnich. Przyjeżdżał, oglądał, dyskutował z gospodarzem, odjeżdżał i… znów po kilku dniach wracał. Do czasu.
Nadszedł dzień, który przesądził o dalszych losach Tatena i Grompera i pozostałych przybyszów zza oceanu. Młodszy syn gospodarza zachorował. Początkowo uskarżał się na mdłości. Późniejsze wymioty i biegunka, które malca pozbawiły całkowicie sił i doprowadziły nawet do drgawek, pozwoliły medykowi domyślać się, że to zatrucie i przeprowadzić płukanie żołądka. Chory, gdy odzyskał siły na tyle, by mówić, przyznał się, że zjadł zielone owoce z roślinek w ogrodzie. To wystarczyło gospodarzowi do podjęcia decyzji. El árbol por el fruto es conocido.

Następnego dnia przyjechał ów mnich i zabrał wszystkie rośliny. Bohaterowie opuszczali ogród w atmosferze złości i pretensji. Po początkowych zachwytach nie pozostał żaden ślad.
– No to świetnie, wywożą nas pewnie na śmietnik lub przy odrobinie szczęścia może kompost – jak zwykle narzekał Gromper.
– A może on dostrzegł drzemiący w nas potencjał. Wprawdzie ukryty pod ziemią, ale nie znowu jakoś głęboko- próbował zarazić entuzjazmem Taten.
Gdy wjechali na otoczony wysokimi budynkami dziedziniec nasz malkontent nie mógł się powstrzymać i rzekł, wskazując na jednakowo ubranych mężczyzn w czarnych habitach:
– Zobacz, zamkną nas z tymi dziwolągami.
Życie z owymi dziwolągami okazało się jednak całkiem znośne, a mierząc skalą Tatena – wręcz rewelacyjne. Umieszczeni zostali w warzywniku, z którego roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na okolicę, gdyż zarówno klasztor jak i cały ogród znajdowały się wysoko w górach. Troszczyli się o nich jak nigdy dotąd, co pozwalało przypuszczać, że doceniano inne ich walory poza ładnymi kwiatkami. Stopniowo Taten, Gromper, ich krewni i przyjaciele zajmowali coraz więcej grządek. Co więcej, zakonnicy zdawali się być bardzo zadowoleni z nowych podopiecznych.
– Słyszałam, jak ten mały okrągły mówił do tego pomarszczonego, że pomysł z gotowaniem okazał się strzałem w dziesiątkę – powiedziała pewnego dnia Peruna, najbliższa sąsiadka chłopaków
– To już chyba wiem, na czym polegał problem naszego poprzedniego gospodarza – zauważył Taten.- Nawet nie raczył sięgnąć po garnek, a nas oskarżał o to, że jesteśmy niesmaczne.
– Przynajmniej trafiliście tutaj – podsumowała Peruna.- I nasi obecni gospodarze w końcu mają czym wyżywić tłumy pielgrzymów, przybywających do Madonny La Moreneta.
– Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma – wtrącił jak zawsze pesymistycznie Gromper. – Swoją drogą, ciekawe, jak długo przyjdzie nam tu pozostać. Nie mogliście nie zauważyć, że co jakiś czas zabierają kilkoro z naszych.

To była jedyna rzecz, która nie pozwalała naszym bohaterom spać spokojnie. Co jakiś czas któryś z mieszkańców warzywnika znikał. Nie było w tym żadnej reguły, więc każdy drżał o swój los. Wiele miesięcy minęło, zanim odetchnęli z ulgą.
– Przyszedł list od Tattie. Z Francji !!! – przyniosła pewnego dnia taką wiadomość Peruna.
– Przecież Tattie zabrali zeszłego lata.
– I okazuje się, że trafiła do Francji. Każdy, kto stąd znikał, wysyłany był w konkretne miejsce: najpierw do okolicznych wiosek, gdzie mnisi uczyli gospodarzy, jak się z nami obchodzić, a następnie do innych krajów.
– Skąd to wszystko wiesz?
– Od słonecznika, który rośnie tuż pod oknem budynku gospodarczego.
– Ciekawe, dokąd zawędrował  Krumpir…- zamyślił się Gromper. Krumpir był jego siostrzeńcem, który opuścił warzywnik kilka tygodni wcześniej, ku rozpaczy całej rodziny.
Od niego też po jakimś czasie przyszedł list z Polski. Okazało się, że wysłany został z Hiszpanii do Austrii. Tam, jako podarek trafił do rąk polskiego króla, ten zaś ofiarował go swojej żonie. Przypadło mu miejsce w królewskim ogrodzie.
– Szczęściarz. Sam chętnie bym się stąd ruszył. Nawet nie musi to być pałac – rozmarzył się Taten.
– A ja tam mam dosyć podróży. Nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz i czy cię nie przegonią. I tak mieliśmy dużo szczęścia. Tu jest mi dobrze i tu już chciałbym zostać- skomentował Gromper.
Tak też się stało. Pozostali na wzgórzu i przyglądali się, jak dorastają ich wnuki.

Po początkowych niepowodzeniach i pokonaniu uprzedzeń, ziemniaki stały się jednym z podstawowych produktów na europejskich stołach.

Słowniczek:
El árbol por el fruto es conocido.- drzewo poznasz po jego owocach.

Fakty

  • Bibliografia