W rumie zatopione – historia pewnego deseru

23 września 2013 at 23:30

– Poślijcie kogoś konno naprzeciw króla – rzucił w kierunku służby właściciel karczmy wracając z ganka, gdzie przez blisko pół godziny stał i na próżno wypatrywał powozu z czarną głową żubra ze złotym kołem w nozdrzach, czyli herbem Stanisława Leszczyńskiego.
– Niech sprawdzi, jak daleko jest monarcha i czy coś go nie zatrzymało – dodał – Tylko wybierzcie kogoś z głową, co bym miał pożytek z tej jego przejażdżki. Niech niezwłocznie wraca.
Mimo soboty w gospodzie obecni byli wszyscy pracownicy, począwszy od pomywaczy, poprzez obieraczy, służki, pomoc kuchenną i kucharzy. Wszystko dlatego, że spodziewano się bardzo ważnego gościa. Król Stanisław Leszczyński, po wizycie w rodzinnych stronach, wracał do Nancy i zapowiedział się na nocleg w karczmie na drodze z Bolesławca w kierunku Nowogrodźca. Nie była to pierwsza lepsza karczma, lecz znana w okolicy z tego, że służyła możnym panom i próżno by tam szukać przy stole chłopa czy prostaczka.
Choć czeladź była w komplecie i kandydatów wielu, nikt nie kwapił się, by wyjechać naprzeciw gościa. Dlaczego? Było oczywiste, że ów śmiałek otrzyma burę za każde spóźnienie króla. Nikt zatem nie chciał narażać się na gniew gospodarza. A potrafił się on złościć, oj potrafił…
Padło więc na Wojtka, chłopaka co prawda nie najbystrzejszego, ale jeżdżącego świetnie konno. Co ważniejsze, Wojtek nie wyraził sprzeciwu. Z entuzjazmem wybiegł do stajni, dosiadł konia i pognał…byle jak najdalej od kuchni i surowego spojrzenia kucharzy.
Ponieważ nie często pojawiały się w tych stronach powozy królewskie, miał nadzieję, że rozpoznanie go nie będzie trudne. Zwłaszcza, że nie miał pojęcia, jak wygląda żubr, na dodatek ze złotym kołem w nozdrzach. „Może to odmiana krowy?” – zastanawiał się galopując w stronę miasta. Rzeczywiście długo powozu nie szukał.
Królewski tabor podróżny stał na rynku w Bolesławcu. Monarchę zatrzymała, na dłuższą niż planował chwilę, przepiękna i znana ceramika. Omotany przez garncarza król stracił poczucie czasu.
– Wasza Wysokość, w gospodzie czekają…- sprytny Wojtek prześlizgnął się obok strażników i stanął tuż przy pochylonym nad dzbankiem królem.
– W rzeczy samej, zasiedziałem się. A to już zaczyna zmierzchać. Domyślam się, że przysłał cię zdenerwowany gospodarz – powiedział Leszczyński, z trudem odrywając się ceramiki – No cóż, czas się zatem zbierać…
– Poczekaj jeszcze chwilę chłopcze i jedziemy. Poprowadzisz nas – dodał.
Owa chwila znów przedłużyła się na tyle, że Wojtek zdążył się znudzić krążąc po  bolesławieckim rynku.

Tymczasem karczmarz co rusz wychodził przed gospodę i daremnie wypatrywał oczy, bo choć gościniec był szeroki, w odległości paru set metrów ginął w gęstym borze.W kuchni natomiast wszyscy dwoili się i troili pilnując, by jedne potrawy nie wystygły zbytnio, inne zaś, by się nie przypaliły. Od kilku godzin wszystko było gotowe. Brakowało tylko króla.
W końcu powozy nadjechały, z uśmiechniętym Wojtkiem siedzącym na koźle. Dopiero widząc purpurowego ze złości gospodarza, chłopak przypomniał sobie, że przecież miał niezwłocznie wracać…
Król Stanisław wysiadając z powozu uśmiechał się szeroko
– Karczmarzu, dobrze że przysłałeś swego parobka, inaczej noc zastałaby mnie nad talerzami i filiżankami o pustym żołądku – powiedział, a Wojtek korzystając z chwili czmychnął.
W oka mgnieniu podano wieczerzę. I chyba wszyscy odetchnęli z ulgą, stawiając półmiski na stołach, że udało się podać wszystkie potrawy, mimo wielogodzinnego spóźnienia gościa. Nie przypuszczali, że to nie koniec problemów.
Mnogość potraw sprawiła, że król nie miał już ochoty na deser. Nie zrezygnował z niego, lecz poprosił, by podano mu go następnego dnia na śniadanie. I tym życzeniem uczynił noc dla kucharza bezsenną. No bo jak tu podać kolejnego dnia to samo ciasto drożdżowe, nie narażając tym samym króla na rozpoczęcie dnia od suchego jak wiór dania.
Kucharz głowił się do późnych godzin. Z pomocą przyszedł mu rum. Początkowo jako towarzysz niedoli, później okazał się inspiracją do stworzenia nowego deseru. Czy o tej nocnej porze kieliszek rumu dodatkowo przytępił zmysły czy wręcz przeciwnie – rozjaśnił umysł, w każdym bądź razie kucharz postanowił nasączyć podsychające już pieczywo rumem.
– Czyżbyś chciał mnie upoić od samego rana? – zażartował król pomiędzy kolejnymi kęsami rumowego dania.
Zarówno karczmarz jak i kucharz miny mięli nietęgie i daleko im było do śmiechu. Tak bywa, gdy się eksperymentuje na gościach. Obserwowali każdy ruch króla i kamień spadł im z serca dopiero, gdy monarcha nałożył sobie kolejny kawałek. Uśmiechy wywołało natomiast pytanie :
– Skąd pochodzi przepis na tak dobre ciasto? Proszę wyjawić mi sekret. Od dawna powtarzam moim cukiernikom, że wypieki są za suche, a to… Wyborne!!…- rozpływał się król. Kto by podejrzewał, że zmartwieniem króla są zbyt suche ciasta.
Kucharz wyjawił tajemnicę deseru, za co został sowicie wynagrodzony. Gdy tylko okazało się, że ciasto nie ma jeszcze nazwy, król zakrzyknął
– Nazwę go zatem… baba !

Odjechał w wyśmienitym humorze, wypoczęty, najedzony i uradowany myślą” Już nigdy więcej suchych ciast” . Wywiózł  przepis na babę daleko na zachód, do posiadłości we francuskim Nancy. Nadworny cukiernik Leszczyńskiego zmodyfikował jeszcze przepis i babę zwykło się podawać z winem typu malagą. Sam król nie omieszkał chwalić się, że jest twórcą nazwy, a tym samym czuje się twórcą samego dania.
– Dlaczego zatem baba? – zapytał jeden z dworzan.
– Ponieważ fascynuje mnie postać Ali- Baby – odpowiadał zawsze król, jak widać nie tylko smakosz, ale i człowiek oczytany 😉 – Jeszcze poprzedniego dnia zgłębiałem po raz kolejny „Księgę tysiąca i jednej nocy”, a Ali-Baba nawet mi się przyśnił. Nie mogłem nazwać inaczej ciasta, jak tylko baba.

Przyjęło się więc, gdyż nie znane było nazwisko kucharza, że to sam król Stanisław jest autorem baby w rumie. A monarcha zasłynął przy okazji jako wielbiciel arabskich baśni.

Fakty

Bibliografia