Uśmiech na patyku

1 czerwca 2016 at 12:32

lizaki lollipop

Ten pierwszy raz to był po prostu pierwszy raz. Nikt go nie uprzedził, że rezolutny 3-latek może sobie nie poradzić z landrynką. Matthew tak prosił, tak się przymilał… Potem okropnie kaszlał i dusił się, a Danny obiecał sobie, że już nigdy nie poczęstuje go cukierkiem.
Później był ten drugi raz. Do końca życia nie zapomni pełnego wyrzutów spojrzenia siostry. Czy ona była bardziej wściekła na niego czy on sam na siebie? Brrr…Mroziło go to wspomnienie. Dał się podejść maluchowi.

Tym razem będzie inaczej. Będzie jak skała, nie poruszy go żadne „Wujkuuu, proszę…” mówione tym słodkim głosikiem. 

Byle tylko w czekoladzie, to każdej chorobie zaradzi

9 stycznia 2014 at 23:00

Bruksela0021aaa

– Dziadku, nie jestem w stanie tego połknąć. Naprawdę się staram, ale usta same jakoś tak zamykają się, gdy zbliża się do nich pastylka – 10-letni chłopiec oparty na stosie poduszek próbował z miną osoby strasznie cierpiącej wykręcić się od zażycia lekarstwa. – Takie silne i uparte są moje zęby, że nie mogę nimi ruszyć, popatrz – dodał i wyszczerzył mocno zaciśnięte szczęki.
Jean spojrzał z czułością na wnuka.
– A co powiesz na tę?– zapytał podając na dłoni coś połyskującego, co nie przypominało żadnych spotykanych dotychczas przez chłopaka tabletek.
– Spróbuj, jest smaczna – dodał starszy pan na zachętę, widząc niepewność w oczach swego potomka, Jeana Juniora.
– Dziadku, nie nabierasz mnie? – podejrzliwie, aczkolwiek z figlarnym błyskiem w oku, dopytywał malec. – Mama pewnie kazała tobie jakoś mnie podejść, bym połknął leki.
Mały Jean, który po swoim dziadku poza imieniem nie odziedziczył ani fascynacji odkrywaniem nowych rzeczy, ani zamiłowania do podejmowania wyzwań, chwilę jeszcze się wahał. W końcu, widząc, że dziadek nie ustąpi, z grymasem bólu na twarzy włożył pastylkę do ust.

Bracia czy rywale?

22 listopada 2013 at 23:00

Jedno pochodzi z Mediolanu, drugie zaś z Werony. Pierwsze kształtem przypomina kopułę, drugie zaś wypiekane jest w formie gwiazdy. Oba zdobią włoskie stoły w okresie Bożego Narodzenia. Każdej zimy w czasie świątecznym włoscy piekarze wypiekają około 117 milionów tych ciast (dane z 2007 r.). Mowa o panettone, wizytówce Mediolanu i pandoro pochodzącym z miasta Romea i Julii. Te świąteczne ciasta co roku rywalizują o honorowe miejsce wśród bożonarodzeniowych potraw.
Patrząc na półki w naszych sklepach można dojść do wniosku, że panettone wojnę już wygrało. Jest też bardziej popularne na stronach czy w książkach kulinarnych i stąd też pewnie więcej osób babę tę kojarzy. Może panettone jest ciekawsze dzięki bogactwie składników i historii, która w iście bajkowy sposób przedstawia jego genezę. A może to zasługa bardziej aktywnych i jednocześnie skutecznych speców od reklamy?
We Włoszech tyle samo jest zwolenników panettone co pandoro. Niektórzy preferują mediolańskie ciasto nadziewane rodzynkami i owocami kandyzowanymi, inni kochają prostotę  pandoro (choć wcale nie jest to takie proste ciasto do przygotowania), oprószonego cukrem pudrem. Dla producentów liczy się każdy zwerbowany łakomczuch i każdy zgarnięty kawałek cukierniczego rynku.

Czym jest zatem ciasto, które konkuruje o palmę pierwszeństwa z wydawać by się mogło królem świątecznych włoskich wypieków – panettone?
Pandoro to drożdżowa babka, bardzo aromatyczna, pieczona w foremce o charakterystycznym kształcie gwiazdy. Podawana jest zazwyczaj posypana cukrem pudrem z wanilią, co ma przywodzić na myśl ośnieżone zimą szczyty Alp.
Przodkiem pandoro, podobnie jak i panettone, jest chleb. W dawnych czasach na spożywanie białego pieczywa mogli sobie pozwolić nieliczni, odpowiednio zamożni. Słodkie chleby zaś czy takie wzbogacone w jajka, miód czy masło, zarezerwowane były właściwie dla szlachty i serwowane w pałacach jako królewski chleb czy złoty chleb – pan d’oro. I stąd nasze pandoro. Choć uboższe, bo bez dodatków, zachwyca jednak aromatem i kształtem.

Tak wiele obydwa ciasta łączy, aż dziw, że dzielą często konsumentów na dwa obozy.
Kochamy świąteczne wypieki i czekamy z niecierpliwością na ten czas, gdy ich zapachy roznoszą się po każdym domu .
Może cała ta wojna panettone i pandoro to zwykły zabieg marketingowy?

Bibliografia

Migdały w cukrze skąpane

3 listopada 2013 at 23:00

SONY DSC

Życie w rezydencji płynie dość spokojnie. Na tyle spokojnie, że najmłodsi jej mieszkańcy mogą na własną rękę szukać wrażeń, by trochę to życie ubogacić. Mali Antoine i Lucas cieszyli się w zasadzie nieograniczoną swobodą. Pomijając kilka pomieszczeń, do których nie mieli wstępu, mogli do woli biegać po ogrodzie, pałacowych korytarzach, korzystać z biblioteki i oczywiście bawialni dzieci książęcych. W końcu ich tata, Clément Jaluzot, pełnił w pałacu ważną funkcję – dbał o zdrowie i sytość książęcego brzucha.
Chłopcy uczyli się dobrze. Nie tracili na naukę zbyt wiele czasu – bystre umysły wręcz pochłaniały wiedzę,  zwłaszcza z ulubionych przedmiotów czyli geografii i historii. Szybko opanowywali także inne umiejętności, np. jak niepostrzeżenie zwędzić coś z kuchni. Wynosili najróżniejsze rzeczy, od łyżek poprzez kociołki, aż do produktów spożywczych ze spiżarni czy nawet prosto z kuchennego stołu. Akcesoria zazwyczaj były potrzebne im to różnego rodzaju zabaw – sitka służyły jako hełmy, wszelkie chochle, łyżki i szpatułki idealnie nadawały się na broń białą do walki wręcz. Skradzione jedzenie zaś ratowało w chwilach wzmożonego głodu.
Od jakiegoś czasu jednak, zainspirowani zajęciem ojca, rozpoczęli eksperymenty kulinarne i gotowanie dołączyło do listy ulubionych zajęć. Nie zawsze wszystko udawało im się w porę odłożyć na miejsce, czasem po prostu pożyczali coś na dłużej. Jednak przy zgiełku jaki panował zwykle w kuchni, nikt dotychczas niczego podejrzanego nie zauważył. Albo też nie chciał widzieć 😉

Gdy słyszymy praliny, myślimy…

30 października 2013 at 23:00

…słodkie czekoladki z nadzieniem (w dużej bombonierce 😉 ).
Przypuszczam, że wielu z nas ma podobne skojarzenia, lecz w różnych krajach będą one zgoła inne.
To, co my znamy pod pojęciem praliny, to bardziej precyzyjnie belgijskie praliny, które w Niderlandach są określane jako praline, natomiast już za wodą, czyli w Wielkiej Brytanii, są to Belgian chocolates lub chocolate bon bon. Bardziej na zachód zaś, czyli we Francji, spotkamy określenia pralines belges, bouchée de chocolat lub bonbon de chocolat.
W języku angielskim praline to wyrób cukierniczy ze sproszkowanych orzechów (najczęściej migdałów) i cukru.
We Francji na jarmarkach kupić można przygotowane na miejscu pralines i próżno by doszukiwać się tam czekoladek.
W Luizjanie starsze Kreolki nazywane praliniers także nie sprzedawały czekoladek.

Żeby się nie pogubić, zacznijmy od początku.

We Francji w XVII w. na dworze hrabiego Plessis- Praslin, księcia Choiseul, powstał deser składający się z delikatnie opieczonych migdałów pokrytych karmelizowanym cukrem, nazwany praline. Słodycze wg oryginalnego przepisu przygotowywane są i rozprowadzane do dziś przede wszystkim przez wytwórnię i cukiernie Mazet . Takie praliny, choć często w wersji z orzechami ziemnymi, można właśnie spotkać na wspomnianych jarmarkach.

Rozkruszone migdały lub orzechy z karmelizowanym cukrem to pralin (ang. praline)  – proszek używany do przygotowywania i dekoracji deserów. Proszek taki, zmieszany z kakao lub masłem kakaowym daje nam praliné, delikatne nadzienie, które wykorzystywane jest m.in. do przygotowywania czekoladek, które we Francji i Szwajcarii określa się potocznie słowem praliné.

Także w Belgii i Holandii przyjęło się nazywać wszystkie nadziewane czekoladki praline. Może dlatego, że rodzina ich twórcy, Jeana Neuhausa II , do Belgii przybyła ze Szwajcarii…
Z Beneluksu blisko do Niemiec, a stąd już krok do Polski i pralinek na naszych półkach sklepowych.

Jest jeszcze jedna odmiana praline – amerykańska. Najbardziej zbliżona do pierwowzoru a to dlatego, że przepis trafił do Stanów, konkretnie Luizjany, której stały się specjalnością,  za pośrednictwem francuskich osadników. Zastąpiono migdały orzechami pekan i dodano do masy śmietanę, skutkiem czego praliny mają konsystencję zbliżoną do krówek, kształtem zaś przypominają ciasteczka. Tradycyjnie wykorzystywany jest również cukier trzcinowy.

Podsumowując – co łączy zatem dziesiejze nadziewane czekoladki pralines, tzw. pralinki,  z oryginalnym francuskim deserem praline?  Tak naprawdę tyle, że jedno z rodzajów nadzienia może być rzeczywiście pralinkowe – praliné (ang.praline).

Bibliografia

Na kłopoty ze zdrowiem – marshmallows

24 października 2013 at 23:00

Każdy z wielbicieli słodkich pianek z pewnością ucieszyłby się na wiadomość, że posiadają one lecznicze właściwości.
Niestety to, co dziś znamy pod pojęciem marshmallow, co kojarzy nam się z pianką na patyku smażoną nad ogniskiem, dalekie jest od zdrowej żywności. Powiedziałabym nawet, że bardzo dalekie, bo marshmallows składają się z cukru i/lub syropu kukurydzianego, żelatyny i wody, czasem zawierają dodatkowo barwniki.
Na początku swojej kariery marshmallows były stosowane jako lekarstwo na ból gardła. Jak to możliwe? Czyżby nasi przodkowie byli aż tak naiwni. Ależ skąd !!!

Wystarczy spojrzeć do słownika, by znaleźć informację, że słowo marshmallow (bądź pisane marsh mallow) to nic innego jak prawoślaz. Jakieś skojarzenia? U mnie jedno pojawia się  automatycznie – syrop prawoślazowy. Za skojarzeniem przyszło pytanie: co w takim razie pianki marshmallows mają wspólnego z rośliną o takiej nazwie. Nie może to być przypadek. I faktycznie nie jest.

Prawoślaz lekarski (Althea officinalis) to roślina lecznicza o przyjemnym smaku, której korzenie zwykły być wykorzystywane do przygotowywania pastylek i syropów na kaszel. Stosuje się go również do sporządzania leków osłaniających, stosowanych w stanach zapalnych przewodu pokarmowego czy nieżycie oskrzeli. Angielska nazwa marshmallow  pochodzi z połączenia słów marsh – bagno,moczary i mallow – malwa, ślaz, gdyż rośliny te chętnie rosną na bagnach i innych wilgotnych terenach.

Już 2000lat p.n.e. Egipcjanie łączyli ekstrakt z  prawoślazu z miodem. Słodycz taka była zarezerwowana dla bogów i królów, na ich bolące gardła 😉  Znana był również słodka masa, jaka powstaje w wyniku gotowania obranej rośliny z cukrem.

Gąbczaste, pulchne marshmallows pojawiły się jednak dopiero około 1850 roku we Francji (nazywane tam guimauve). Tamtejsi cukiernicy wprowadzili parę innowacji. Cukierki były otrzymywane z wywaru z korzenia prawoślazu z dodatkiem gumy, która łączyła składniki, ubitego białka jajek, które nadawało lekkości i służyło jako środek wysuszający, i odrobiny cukru, który czynił całość bardziej smacznym.
I w takiej postaci, niemalże nie zmienionej, dotarły do naszych czasów. Pomijając to, że nie zawierają już ekstraktu z prawoślazu, czyli nie mają w sobie nic z marshmallow.

Dziś zatem pianki marshmallows nie pomogą nam na bolące gardło. Mogą okazać się przydatne, gdy mamy ochotę wyleczyć się ze złego nastroju odrobiną słodyczy.

Bibliografia