Skarby z jaskini

17 września 2014 at 23:00

SONY DSC

 

Fakty

Słońce jeszcze wisiało na wysokości koron drzew. Błękitne niebo zapowiadało słoneczny i bardzo ciepły dzień, jednak o tej porze było jeszcze dość chłodno i rosa nie miała sposobności by wyparować. Dlatego po kilkuset metrach wędrówki wśród traw Gilbert zatrzymał się, by podwinąć nogawki spodni, które i tak zdążyły napić się sporej ilości wody. Buty niestety też.
„Buty wysuszę na kamieniach, gdy już zrobi się ciepło. Spodni przecież nie zdejmę” – pomyślał chłopak.
Po chwili żwawo ruszył przed siebie niesiony jak na skrzydłach zaplanowanym spotkaniem.
Tym razem szedł sam, bez towarzyszącego mu zazwyczaj stada. Pokonywał więc znajomą trasę znacznie szybciej niż zwykle. Nawet, gdy zrobiło się bardziej stromo, nie zwalniał- tak bardzo cieszył się na spotkanie. Nie widział Bernarda od roku a kiedyś przecież byli nierozłączni. Na dodatek chciał mu pokazać swój mały skarb…

Tak, Gilbert był pasterzem owiec. Pochodził z małego miasteczka Roquefort nad rzeką Soulzon, malowniczo przyklejonego do wapiennych skał wzniesienia Combalou. W okolicy, gdzie ani winnice, ani kukurydza nie rosną, dla większości mieszkańców źródłem dochodów była hodowla owiec i produkcja sera. Jednak w rodzinie Gilberta owcami się nie zajmowano. A przynajmniej dotychczas.
Chłopak zawsze marzył o pracy, która pozwoli mu obcować z naturą. Miłością do lasu zaraził go tak naprawdę dziadek, bartnik, któremu już jako dziecko towarzyszył przy zakładaniu barci i zbieraniu miodu. Niestety, w przypadku naszego bohatera lęk przed pszczołami był tak duży, że skutecznie uniemożliwił pójście śladami dziadka. Zajęcie ojca, garbarza, również w pewnym stopniu związane było z lasem, gdyż właśnie w lesie pozyskiwał garbniki. Gilbert oparł się jednak namowom rodziców, by przejąć warsztat po ojcu. Chciał być oryginalny i został…pasterzem. Szybko jednak okazało się, że wypasanie jest okropnie nudne, zwłaszcza że jako pasterz młody stażem rzadko odwiedzał płaskowyż Causee du Larsac, częściej włócząc się z nielicznym stadem w okolicy Roquefort i Combalou.

Podczas jednego z długich, powolnych dni, gdy wszystkie owce rozleniwione ciepłem wylegiwały się na rozgrzanej trawie w cieniu pobliskiej skały, Gilbert postanowił wspiąć się nieco wyżej. Dłużyło mu się okrutnie. Coraz częściej zastanawiał się nad zmianą zajęcia i poszukaniem innej pracy. Szczególnie natarczywa stała się ta myśl od czasu, gdy Bernard, jego najlepszy przyjaciel, przeniósł się do Rodez i tam został pomocnikiem folusznika. Obróbka tkanin w oczach spragnionego zmian pasterza urosła do rangi pracy marzeń.
– A ja tu poganiam owce – mruknął pod nosem. Złość dodała mu energii i wspiął się jeszcze wyżej.
Szybko jednak słońce dało się we znaki. Postanowił przysiąść na chwilkę zanim wyruszy w drogę powrotną. Niefortunnie na odpoczynek wybrał miejsce, gdzie za kępą wysokiej trawy schowała się dziura, a właściwie wejście do groty. Zamiast oparcia dla pleców przyroda zrobiła mu psikusa i zafundowała bolesny upadek. Nasz bohater jednak szybko się pozbierał zaintrygowany korytarzem, w którym się znalazł.
– O rety… – z wrażenia zabrakło mu słów. Przeszedł kilka metrów w głąb do miejsca, do którego docierało światło. Postanowił wrócić tam zaopatrzony w świecę.
I od tej pory wracał w każdej wolnej chwili.
Niespodziewane odkrycie nadało jego życiu rumieńców. A jaskinia zdawała się nie mieć końca. Sam korytarz u wejścia był wysoki, tak że mieścił się tam spokojnie wyprostowany dorosły człowiek. Następnie opadał z lekka, by po kilkunastu metrach przekształcić się w komnatę. Z tej wyjścia były dwa. Korytarze znów prowadziły do kolejnych pomieszczeń, w których wysokie słupy podpierały strop niczym w zamku.
„Ciekawe, czy nie mieszka tu smok” – zastanawiał się czasem Gilbert.
I choć wiedział, że stwory takie istnieją tylko w podaniach ludowych, na każdy najdrobniejszy szelest zamierał blady jak ściana z łomoczącym sercem.
– Głupi jesteś, Gilbercie. Tyle ci powiem – sam siebie próbował uspokajać. Nie na wiele się to zdawało. Kolejny spadający kamyczek tak go przestraszył, że upuścił świecę i tobołek z jedzeniem, i po omacku w ciemności wychodził z jaskini.
– Nie trzeba było tylu bajek słuchać.

Ten dzień różnił się od pozostałych. Nasz bohater miał pokazać jaskinie swojemu przyjacielowi, który w miasteczku spędzał kilka dni. Umówili się na polanie w połowie drogi. Bernard już z daleka uśmiechał się na widok Gilberta. Szeroki uśmiech nie zdołał odwrócić uwagi od bladego oblicza, które sugerowało, że praca w mieście jako folusznik lekka chyba nie jest. Pasterz był jednak tak podekscytowany i skoncentrowany na tym, co chciał pokazać, że w ogóle nie zapytał przyjaciela o wrażenia z jego pracy. Parł na przód.
– Jestem pewien, że czegoś takiego nigdy przedtem nie widziałeś. Mówię ci, usiądziesz z wrażenia – paplał jak nakręcony.
„Oby ten cały skarb wart był zachodu” – myślał tymczasem jego kolega, zawiedziony brakiem zainteresowania.

Gilbert rozchylił gałęzie, które zasłaniały wejście do skalnego korytarza. Zapalił świecę i wprowadził towarzysza do swojego królestwa. Opisywał niemalże każdy kamień, każde załamanie i zakręt korytarzy, tak jakby to był pałac pełen dzieł sztuki na ścianach. Bernard ociągał się coraz bardziej, mając nadzieję, że całe to zwiedzanie za chwilę się skończy. Jaskinie zrobiły na nim wrażenie, ale dalekie to było od entuzjazmu kolegi.
„Co to wypasanie owiec zrobiło z mojego przyjaciela? Tak się wynudził, że zachwyca się dziurą w skale i kupą kamieni” – pomyślał.
Przystanął na chwile pod ścianą. Gilbert myśląc, że Bernard podziwia sklepienie, nie omieszkał zapytać:
-Piękna, prawda?
-Owszem – usłyszał odpowiedź – ale pieniędzy z tego nie będzie…
Zapanowała na moment niezręczna cisza. Bernard nie chciał sprawiać przykrości koledze, rozglądał się więc w poszukiwaniu czegoś, co wyrwie ich z tego nieprzyjemnego milczenia.
– Tam chyba leży prawdziwy skarb? – wskazał na zawiniątko pod ścianą. Obaj ożywili się na moment.
– Nie, to tylko mój tobołek ze śniadaniem – powiedział pasterz, nie kryjąc rozczarowania – Zgubiłem go jakiś czas temu.
– To teraz się przyda. Umieram z głodu – ucieszył się Bernard.
– Chleb pewnie twardy jak kamień. Chyba nie myślisz tego jeść.
– Zobaczymy, co zostało- odpowiedział rozwijając tobołek.Chleb zdecydowanie nie nadawał się do spożycia. Ser natomiast…
– To jest owczy ser? – zapytał Bernard
– Nawet jeśli był, to stało się z nim coś dziwnego – dodał obracając w dłoni kawałek w biało-niebieskim kolorze.
Zapach, który dotarł do Gilberta, zdecydowanie nie przypadł mu do gustu. Nie zdążył jednak nic powiedzieć a sporych kawałków ser wylądował w ustach Bernarda.
– Pycha, czegoś takiego nigdy jeszcze nie jadłem.
– Ja też nie – burknął Gilbert. – Może dlatego, że zazwyczaj nie jada się zepsutych rzeczy. Nie wiedziałem, że jesteś tak głodny
– To nie może być zepsute. Coś się z nim stało, co zmieniło jego smak, ale nie zepsuło..- głośno zastanawiał się Bernard.
– Tak, może krasnoludki albo smok… – powiedział Gilbert coraz bardziej zły na towarzysza – Ja ci pokazuję cudne korytarze i jaskinie, a ty milczysz jak zaklęty i ożywiasz się dopiero przy kawałku cuchnącego sera. Nie wiem, czy to żart, czy rzeczywiście zepsute jedzenie większe na tobie robi wrażenie. Myślałem, że się przyjaźnimy.
Gilbert zwiesił głowę i zniechęcony usiadł w kącie. Bernard przykucnął obok:
– Bo przyjaźnimy się. Przepraszam, że tak wyszło – powiedział – Zobaczysz, na tym serze zbijemy fortunę, razem. A i twoje jaskinie zostaną docenione.
Bernard miał nosa do …sera.
Dziś jaskinie Combalau pełne są zarówno zwiedzających jak i leżakującego sera, który nazwany został tak, jak miejscowość z której pochodzi – Roquefort.

Bibliografia