Popularne Tagi:

8 koni ciągnie wóz. Ile waży ciasto na wozie?

16 stycznia 2014 at 23:00

Kilka powieści J.I. Kraszewskiego osadzonych w czasie panowania w Polsce władców z dynastii Wettinów + rzut okiem na portret króla Augusta autorstwa Jana Matejki i dla mnie August Mocny pozostanie wielkim, silnym ( w końcu łamał podkowy) obżartuchem i rozpustnikiem chyba już na zawsze. I choć wiele pozytywnych dokonań można przypisać temu władcy, a czasy saskie zostały w jakimś stopniu zrehabilitowane, to obraz w mojej głowie trwa w stanie niezmienionym (jak to się mawia: „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”). Odświeżają go historie takie, jak ta.

Byle tylko w czekoladzie, to każdej chorobie zaradzi

9 stycznia 2014 at 23:00

Bruksela0021aaa

– Dziadku, nie jestem w stanie tego połknąć. Naprawdę się staram, ale usta same jakoś tak zamykają się, gdy zbliża się do nich pastylka – 10-letni chłopiec oparty na stosie poduszek próbował z miną osoby strasznie cierpiącej wykręcić się od zażycia lekarstwa. – Takie silne i uparte są moje zęby, że nie mogę nimi ruszyć, popatrz – dodał i wyszczerzył mocno zaciśnięte szczęki.
Jean spojrzał z czułością na wnuka.
– A co powiesz na tę?– zapytał podając na dłoni coś połyskującego, co nie przypominało żadnych spotykanych dotychczas przez chłopaka tabletek.
– Spróbuj, jest smaczna – dodał starszy pan na zachętę, widząc niepewność w oczach swego potomka, Jeana Juniora.
– Dziadku, nie nabierasz mnie? – podejrzliwie, aczkolwiek z figlarnym błyskiem w oku, dopytywał malec. – Mama pewnie kazała tobie jakoś mnie podejść, bym połknął leki.
Mały Jean, który po swoim dziadku poza imieniem nie odziedziczył ani fascynacji odkrywaniem nowych rzeczy, ani zamiłowania do podejmowania wyzwań, chwilę jeszcze się wahał. W końcu, widząc, że dziadek nie ustąpi, z grymasem bólu na twarzy włożył pastylkę do ust.

Moda na tablety

6 stycznia 2014 at 23:00

zatem u nas też tablet, tyle że made in Scotland 😉

Parafrazując jednego ze związanych ze Szkocją blogerów : Daj go swoim przyjaciołom – nawet jeśli nie byli oni twoimi przyjaciółmi dotychczas, teraz staną się nimi na pewno.
Jeśli ktoś myśli, że znajdzie tu instrukcję, jak w cudowny sposób stać się posiadaczem tylu tabletów, by bez wahania można było nimi obdarować znajomych, niestety się rozczaruje.
Bynajmniej nie chodzi o rozdawanie komputerów, a bohatera tego wpisu poza nazwą, nic nie łączy z popularnym urządzeniem przenośnym (chyba że ktoś zajada się tabletem przy tablecie 😉 )

Tablet to Szkocki przysmak, przypominający w smaku krówki czy amerykański fudge, jednak bardziej twardy i kruchy. Bardzo słodki smakołyk, początkowo otrzymywany był z cukru i śmietany. Ponieważ taka mikstura łatwo ulega przypaleniu podczas podgrzewania, z czasem zastąpiono śmietanę mlekiem kondensowanym i masłem. Spotkać można również tablety z dodatkiem aromatu waniliowego, pomarańczowego czy imbirowego.
Wszystkie składniki podgrzewa się i gotuje bardzo ostrożnie do uzyskania jednolitej masy, a następnie wylewa do dużej, płaskiej formy (blaszki) i odstawia na jakiś czas, pozwalając by cukier skrystalizował. Gdy masa całkowicie stężeje i ostygnie, można ją pokroić na małe kostki.

Dlaczego tablet?
Najstarsza drukowana wzmianka wg Oxford English Dictionary pochodzi z 1736 r.
Ten sam słownik sugeruje, że nazwa mogła zostać zapożyczona spośród terminów medycznych, gdyż od połowy XVI w. nazywano tak ( tablet, tablett, tablette, tabelet, tabillet, tabletce) lekarstwa w formie małych dysków lub rombów.

Dla nas żyjących pośród tabletów bardziej naturalne będzie zapewne skojarzenie nazwy deseru z tym, jak wygląda on w czasie przygotowywanie, a dokładnie w momencie, gdy stygnie i krystalizuje na płaskiej powierzchni. Nie jest to błąd, ponieważ inne znaczenia słowa tablet, poza wspomnianym powyżej, to: tabliczka, mała płyta, płaski kawałek drewna pokrytego woskiem i służący do pisania i malowania.

Aby uraczyć przyjaciół szkockim deserem i sprawić im przyjemność, nie potrzeba ani wiele czasu, ani pieniędzy. Chcąc uszczęśliwić bliskich słodkim tabletem warto jednak zwrócić uwagę, czy ktoś przypadkiem nie jest na poświątecznej diecie 😉

Bibliografia

O czym książe do papieża pisywał

19 grudnia 2013 at 23:00

Co może być przedmiotem korespondencji pomiędzy papieżem a księciem Elektorem Świętego Cesarstwa Rzymskiego – Ernestem Wettynem? Wybór cesarza? Problemy z lokalnymi biskupami? Wizyta głowy kościoła w Saksonii? A może coś bardziej prozaicznego? Nawet, jeśli listy miałyby dotyczyć przyziemnych spraw, nie podejrzewałabym, że mogą poruszać temat masła.

„Maślaną” korespondencję rozpoczął Ernest Wettyn, książe saksoński, z troski o portfele i podniebienia swoich podwładnych. W owych czasach (XVw.) Adwent był okresem postu, miał charakter pokutny i ascetyczny. Z tego powodu piekarze nie mogli stosować masła. I to chciał zmienić panujący książe. Jednak, aby wprowadzić jakiekolwiek zmiany, potrzebował zgody papieskiej. Jednym z argumentów miał być fakt, że w Saksonii olej, którego z konieczności używano jako substytutu masła, był bardzo drogi. Poza tym ciasta wypiekane na oleju były niestety mało smaczne. Stąd moje przypuszczenie, że nie tylko aspekty ekonomiczne kierowały księciem Ernestem, ale także nie usatysfakcjonowane kubki smakowe;)
W każdym bądź razie chciał przekonać papieża, wtedy Mikołaja V, do zmian wytycznych adwentowych. Władze kościelne wystawiły cierpliwość elektora na wieloletnią próbę. Dopiero szósty papież z kolei, Innocenty VIII, odesłał odpowiedź, znaną pod nazwą „Butter-letter” i zezwolił na stosowanie masła bez konieczności uiszczania opłat, lecz jedynie rodzinie książęcej i na jego dworze. Co do pozostałych Saksończyków, mogli oni również korzystać z masła, lecz na nich spoczął obowiązek wnoszenia raz do roku określonej opłaty na budowę katedry we Freiburgu. Sytuację zmieniło przejście Saksonii na protestantyzm.

Czy Ernest Wettyn wykazał się szczególną odwagą, zawracając tak ważną głowę, tak błahym tematem? A może papieże średniowiecza zasypywani byli tego typu listami chociażby ze względu na mnogość spraw, które chcieli kontrolować? Tego nie wiem.
„Maślanej” korespondencji zawdzięczamy jednak smak dzisiejszego ciasta Stollen – jednego z najsmaczniejszych świątecznych wypieków, jakie miałam okazję jeść. Tradycja przygotowywania tego aromatycznego ciasta sięga początków XVw., jednak bardzo dalekie ono było od tego, co znamy dziś. Rada Kościoła, która kontrolowała sposób przygotowywania adwentowych wypieków, zezwalając na stosowanie mąki, wody, drożdży i oleju, pozbawiła Stollen smaku.
Pierwszym krokiem ku lepszemu była możliwość dodawania masła:)

Dziś Stollen, pachnący, pełen kandyzowanych owoców, z pysznym marcepanowym nadzieniem i okryty grubą warstwą cukru pudru, to jeden z podstawowych elementów jakże bogatej niemieckiej tradycji Bożonarodzeniowej.

Bracia czy rywale?

22 listopada 2013 at 23:00

Jedno pochodzi z Mediolanu, drugie zaś z Werony. Pierwsze kształtem przypomina kopułę, drugie zaś wypiekane jest w formie gwiazdy. Oba zdobią włoskie stoły w okresie Bożego Narodzenia. Każdej zimy w czasie świątecznym włoscy piekarze wypiekają około 117 milionów tych ciast (dane z 2007 r.). Mowa o panettone, wizytówce Mediolanu i pandoro pochodzącym z miasta Romea i Julii. Te świąteczne ciasta co roku rywalizują o honorowe miejsce wśród bożonarodzeniowych potraw.
Patrząc na półki w naszych sklepach można dojść do wniosku, że panettone wojnę już wygrało. Jest też bardziej popularne na stronach czy w książkach kulinarnych i stąd też pewnie więcej osób babę tę kojarzy. Może panettone jest ciekawsze dzięki bogactwie składników i historii, która w iście bajkowy sposób przedstawia jego genezę. A może to zasługa bardziej aktywnych i jednocześnie skutecznych speców od reklamy?
We Włoszech tyle samo jest zwolenników panettone co pandoro. Niektórzy preferują mediolańskie ciasto nadziewane rodzynkami i owocami kandyzowanymi, inni kochają prostotę  pandoro (choć wcale nie jest to takie proste ciasto do przygotowania), oprószonego cukrem pudrem. Dla producentów liczy się każdy zwerbowany łakomczuch i każdy zgarnięty kawałek cukierniczego rynku.

Czym jest zatem ciasto, które konkuruje o palmę pierwszeństwa z wydawać by się mogło królem świątecznych włoskich wypieków – panettone?
Pandoro to drożdżowa babka, bardzo aromatyczna, pieczona w foremce o charakterystycznym kształcie gwiazdy. Podawana jest zazwyczaj posypana cukrem pudrem z wanilią, co ma przywodzić na myśl ośnieżone zimą szczyty Alp.
Przodkiem pandoro, podobnie jak i panettone, jest chleb. W dawnych czasach na spożywanie białego pieczywa mogli sobie pozwolić nieliczni, odpowiednio zamożni. Słodkie chleby zaś czy takie wzbogacone w jajka, miód czy masło, zarezerwowane były właściwie dla szlachty i serwowane w pałacach jako królewski chleb czy złoty chleb – pan d’oro. I stąd nasze pandoro. Choć uboższe, bo bez dodatków, zachwyca jednak aromatem i kształtem.

Tak wiele obydwa ciasta łączy, aż dziw, że dzielą często konsumentów na dwa obozy.
Kochamy świąteczne wypieki i czekamy z niecierpliwością na ten czas, gdy ich zapachy roznoszą się po każdym domu .
Może cała ta wojna panettone i pandoro to zwykły zabieg marketingowy?

Bibliografia

Flapjack – jak naleśniki czy owsiane batoniki ?

18 listopada 2013 at 23:00

„Po grze w Acid Drinkers czujemy się jak naleśniki” tłumaczył kiedyś wybór nazwy Flapjack dla nowej kapeli Maciej „Ślimak” Starosta, perkusista. Nazwa Flapjack brzmi na tyle oryginalnie i trashowo, że jakoś nigdy mi nie przeszkadzało, że to naleśnik 😉

Choć zdecydowanie bardziej znane jest określenie „pancake”, to w Stanach Zjednoczonych faktycznie obie nazwy często stosowane są zamiennie. Flap- w tym przypadku oznacza podrzucany czy przewracany, – jack to natomiast bliżej nie określone słowo, sugerujące różnorodność, wybór składników.
Ciekawą odmianą, nieco różniącą się od amerykańskich pancakes, jest „49er flapjack”, którego historia sięga czasów gorączki złota w Klondike w 1898r. Jest to placek  patelni przygotowywany na zakwasie. Ponieważ jedzenia wówczas było jak na lekarstwo, bardzo ważnym stało się troskliwe przechowywanie zakwasu, tak by nadawał się do sporządzenia posiłku następnego dnia. Radzono sobie w różny sposób: naczynie z zakwasem chowano pod koszulę, by ogrzewało się w cieple ludzkiego ciała, czy zabierano do śpiwora na noc. Wszystko, by utrzymać przy życiu cenne drożdże. Na Alasce poszukiwacze złota z naczyniem przywiązanym na plecach szybko zyskali przydomek „ alaskańskie zakwasy”. Przed wyruszeniem na wykopy przyrządzali oni nie chleb lecz właśnie ciepłego flapjacka z patelni.

Jednak flapjack to nie tylko naleśnik. W Wielkiej Brytanii i Irlandii po pojęciem tym kryje się batonik, którego głównym składnikiem są płatki owsiane, masło i brązowy cukier  ( znany także jako muesli bar, cereal bar czy granola bar). Choć oryginalnie (wg Oxford English Dictionary) oznaczała płaską tartę lub ciasto z patelni, w latach 30-tych minionego wieku nazwą flapjack zaczęto odnosić do ciastek owsianych i tak pozostało.
W Wielkiej Brytanii owsiane flapjacki są bardzo popularne, zarówno jako deser przygotowywany w domu, jak i wśród słodyczy na półkach sklepowych.  Można spotkać batoniki z dodatkiem czekolady, suszonych owoców, orzechów czy jogurtu. Propagowane jako tanie, a przede wszystkim zdrowe, gdyż zawierają dużo żelaza, cynku i witaminy B, szybko rozpowszechniły się na kontynencie.  Może są to jedne ze zdrowszych słodyczy, o ile można w ogóle mówić o zdrowych słodyczach 😉 Z pewnością są popularne na blogach kulinarnych i dziś pewnie więcej osób kojarzy słowo flapjack z owsianym batonikiem, niż zespołem metalowym.

Czy owe zdrowe batoniki były znane w Polsce, gdy kapela powstawała? A może muzycy nie mieliby nic przeciwko, by kojarzyć ich z owsianym ciastkiem? Flapjack nadal brzmi wystarczająco dobrze,  a czy po grze w AD nie można się czasem poczuć się nie tylko jak naleśnik ale i  owsiane misz-masz … 😉 Odpowiedzieć mogą jedynie muzycy Flapjacka.

Bibliografia


Szlechetna pleśń, szlachetny smak

15 listopada 2013 at 23:00

SONY DSC

Choć w marcu dni stają się coraz dłuższe i słońce coraz mocniej ogrzewa spragnioną ciepła ziemię, pogoda lubi płatać figle, a zima przypominać jeszcze o sobie i zaskakiwać w najmniej dogodnym dla wszystkich momencie.
Tak też było i tego dnia. Chłopi zaplanowali zajęcia na słoneczne popołudnie, a tymczasem zerwał się silny wiatr, który gdzieś znad Morza Północnego przyniósł ciężkie chmury. Kto tylko miał bydło na pastwisku, widząc czarne niebo, odkładał pracę i spieszył, by sprowadzić zwierzęta do obory. Marie tak jak inni pospiesznie zaganiała swoje krowy. Hodowla i produkcja serów była jej głównym zajęciem, poza warzywnikiem koło domu i maleńkim sadem. Od kiedy jednak mąż najął się do pomocy w gospodarstwie oddalonym o parę kilometrów i znikał czasem na całe dni, na jej barkach spoczęła większość obowiązków domowych. Zmęczona częściej niż zwykle siadała z książką  czy tamborkiem, próbując uporać się w ten sposób z monotonią i trudami dnia codziennego. Widząc nadciągającą burzę, z żalem odłożyła lekturę i wróciła do niej niezwłocznie po zamknięciu krów w oborze.

Melimelum

8 listopada 2013 at 23:00

To słowo tak mi się podoba, że nie mogłam się oprzeć pokusie, by napisać parę zdań i zatytułować je właśnie melimelum 🙂

SONY DSC

Trafiłam na to słówko kiedyś podczas poszukiwań przepisów na dania z pigwy. Przypomniało o sobie w tym roku, gdy do mojej kuchni znów pigwy zawitały. Z owoców tych, dzięki wysokiej zawartości pektyn o właściwościach żelujących, bardzo łatwo przygotować, z dodatkiem cukru oczywiście, pyszną marmoladę.
I choć każdy zna pojęcie marmolady, nie wszyscy wiedzą, że oryginalnie była ona sporządzana właśnie z pigwy.
Marmolada, a dokładniej marmelada, to połączenie słowa marmelo, co po portugalsku oznacza pigwę, z przyrostkiem –ada , tworzącym w tym języku rzeczowniki nazywające potrawę (w przypadku owoców sok lub dżem), otrzymaną z danego produktu.
Mówiąc krótko:
Marmelo + ada = dżem z pigwy – pigwa ugotowana z miodem lub cukrem.

Z Portugalii  trafiła do Francji, przyjmując postać marmelade, stamtąd zaś pod koniec XVw. wg „Oxford English Dictionary” do Wielkiej Brytanii. Angielskie marmalade odnosi się jednak do przetworów z owoców cytrusowych, przede wszystkim pomarańczy. W Unii Europejskiej tylko takie produkty mogą być sprzedawane pod nazwą marmalade lub wywodzącą się od niej, jak np. polska marmolada, czeska marmeláda czy włoska marmellata, mimo iż w wielu językach nazwy te oznaczają przetwory z różnych owoców.

A co z melimelum?
Marmelo, czyli po portugalsku owoc pigwy, pochodzi od łacińskiego słowa melimelum, a to z kolei od starogreckiego melimēlon. Wyraz ten oznaczał słodkie jabłko: mel – miódmēlon – jabłko. W starożytnej Grecji i Rzymie zwykło się tak nazywać rodzaj dżemu otrzymywanego z jabłek i miodu a także różne słodkie jabłka podobne do pigwy.

Bibliografia

Migdały w cukrze skąpane

3 listopada 2013 at 23:00

SONY DSC

Życie w rezydencji płynie dość spokojnie. Na tyle spokojnie, że najmłodsi jej mieszkańcy mogą na własną rękę szukać wrażeń, by trochę to życie ubogacić. Mali Antoine i Lucas cieszyli się w zasadzie nieograniczoną swobodą. Pomijając kilka pomieszczeń, do których nie mieli wstępu, mogli do woli biegać po ogrodzie, pałacowych korytarzach, korzystać z biblioteki i oczywiście bawialni dzieci książęcych. W końcu ich tata, Clément Jaluzot, pełnił w pałacu ważną funkcję – dbał o zdrowie i sytość książęcego brzucha.
Chłopcy uczyli się dobrze. Nie tracili na naukę zbyt wiele czasu – bystre umysły wręcz pochłaniały wiedzę,  zwłaszcza z ulubionych przedmiotów czyli geografii i historii. Szybko opanowywali także inne umiejętności, np. jak niepostrzeżenie zwędzić coś z kuchni. Wynosili najróżniejsze rzeczy, od łyżek poprzez kociołki, aż do produktów spożywczych ze spiżarni czy nawet prosto z kuchennego stołu. Akcesoria zazwyczaj były potrzebne im to różnego rodzaju zabaw – sitka służyły jako hełmy, wszelkie chochle, łyżki i szpatułki idealnie nadawały się na broń białą do walki wręcz. Skradzione jedzenie zaś ratowało w chwilach wzmożonego głodu.
Od jakiegoś czasu jednak, zainspirowani zajęciem ojca, rozpoczęli eksperymenty kulinarne i gotowanie dołączyło do listy ulubionych zajęć. Nie zawsze wszystko udawało im się w porę odłożyć na miejsce, czasem po prostu pożyczali coś na dłużej. Jednak przy zgiełku jaki panował zwykle w kuchni, nikt dotychczas niczego podejrzanego nie zauważył. Albo też nie chciał widzieć 😉

Gdy słyszymy praliny, myślimy…

30 października 2013 at 23:00

…słodkie czekoladki z nadzieniem (w dużej bombonierce 😉 ).
Przypuszczam, że wielu z nas ma podobne skojarzenia, lecz w różnych krajach będą one zgoła inne.
To, co my znamy pod pojęciem praliny, to bardziej precyzyjnie belgijskie praliny, które w Niderlandach są określane jako praline, natomiast już za wodą, czyli w Wielkiej Brytanii, są to Belgian chocolates lub chocolate bon bon. Bardziej na zachód zaś, czyli we Francji, spotkamy określenia pralines belges, bouchée de chocolat lub bonbon de chocolat.
W języku angielskim praline to wyrób cukierniczy ze sproszkowanych orzechów (najczęściej migdałów) i cukru.
We Francji na jarmarkach kupić można przygotowane na miejscu pralines i próżno by doszukiwać się tam czekoladek.
W Luizjanie starsze Kreolki nazywane praliniers także nie sprzedawały czekoladek.

Żeby się nie pogubić, zacznijmy od początku.

We Francji w XVII w. na dworze hrabiego Plessis- Praslin, księcia Choiseul, powstał deser składający się z delikatnie opieczonych migdałów pokrytych karmelizowanym cukrem, nazwany praline. Słodycze wg oryginalnego przepisu przygotowywane są i rozprowadzane do dziś przede wszystkim przez wytwórnię i cukiernie Mazet . Takie praliny, choć często w wersji z orzechami ziemnymi, można właśnie spotkać na wspomnianych jarmarkach.

Rozkruszone migdały lub orzechy z karmelizowanym cukrem to pralin (ang. praline)  – proszek używany do przygotowywania i dekoracji deserów. Proszek taki, zmieszany z kakao lub masłem kakaowym daje nam praliné, delikatne nadzienie, które wykorzystywane jest m.in. do przygotowywania czekoladek, które we Francji i Szwajcarii określa się potocznie słowem praliné.

Także w Belgii i Holandii przyjęło się nazywać wszystkie nadziewane czekoladki praline. Może dlatego, że rodzina ich twórcy, Jeana Neuhausa II , do Belgii przybyła ze Szwajcarii…
Z Beneluksu blisko do Niemiec, a stąd już krok do Polski i pralinek na naszych półkach sklepowych.

Jest jeszcze jedna odmiana praline – amerykańska. Najbardziej zbliżona do pierwowzoru a to dlatego, że przepis trafił do Stanów, konkretnie Luizjany, której stały się specjalnością,  za pośrednictwem francuskich osadników. Zastąpiono migdały orzechami pekan i dodano do masy śmietanę, skutkiem czego praliny mają konsystencję zbliżoną do krówek, kształtem zaś przypominają ciasteczka. Tradycyjnie wykorzystywany jest również cukier trzcinowy.

Podsumowując – co łączy zatem dziesiejze nadziewane czekoladki pralines, tzw. pralinki,  z oryginalnym francuskim deserem praline?  Tak naprawdę tyle, że jedno z rodzajów nadzienia może być rzeczywiście pralinkowe – praliné (ang.praline).

Bibliografia