Popularne Tagi:

Trudne początki przyjaźni

14 lutego 2014 at 23:00

Ziemniaki i mięsko – to spośród odpowiedzi na pytanie „co będzie dziś na obiad” ta, która pada najczęściej, nie tylko wśród przedszkolaków 😉 I choć obecnie ziemniaków uprawia się mniej, a na naszych stołach częściej niż kiedyś ustępują one miejsca kaszom, ryżom lub makaronom, to przeciętny Polak zjada rocznie ok.110 kg ziemniaków. Trudno nam wyobrazić sobie bez nich kuchnię. Ich całoroczna obecność na półkach sklepowych, straganach, w piwniczkach czy spiżarniach jest tak oczywista, jakby były z nami od zawsze albo przynajmniej tak długo jak chleb.

Targ jak z bajki

11 lutego 2014 at 23:00

Jest takie miejsce, gdzie można poczuć się trochę jak w bajce. Gdyby przymrużyć oczy i nie widzieć turystów, byłoby jeszcze bardziej bajkowo.

Jest takie miejsce, gdzie od rana biegają ubrani na biało mężczyźni w słomianych kapeluszach z różnokolorowymi wstążkami. Obok panów w bieli krzątają się jeszcze tacy w czarnych spodniach i niebieskich bądź płowych koszulach. A dowodzi nimi kaasvater w pomarańczowym kapeluszu dzierżący dumnie w dłoni czarną laskę ze srebrnym wykończeniem. Niektórzy już się domyślają, że chodzi o coś związanego z serem, gdyż kaas to po holendersku właśnie ser.

Wszystkie drogi prowadzą do Goudy

4 lutego 2014 at 23:00

SONY DSC

– Dla nas nie odkładaj chleba. Tym razem chyba nie wrócimy przed zmierzchem – powiedział Daan widząc, że żona zabiera się za przygotowywanie posiłków na kolejny dzień.
Mężczyzna od dłuższej chwili trwał zamyślony nad kubkiem z resztką mleka. Ciężko mu było wstać od stołu, gdyż miał przed sobą perspektywę kolejnego baaardzo długiego dnia, który przyjdzie mu spędzić w podróży i na targu.
Fenna odwróciła się w stronę męża.
– A dlaczego? – spytała. – Czyżby przenieśli targ do innego miasta? Znów jakaś gildia opłaciła urzędników i uzyskała wyłączność…
– Przecież dobrze wiesz, że to tak nie wygląda- przerwał jej w pół zdania Daan. – Miasto otrzymuje przywileje, jeśli na nie zasłuży. A poza tym musi być jakiś porządek. Jakie byłyby ceny, gdyby każdy sprzedawał swoje wyroby gdzie chce i bez konkurencji.
– Nie podoba mi się to, że jeździcie coraz dalej. Czy tu w okolicy już nikt nie trudni się wyrobem serów?
– Mógłbym jeździć nawet do Alkmaar, byle tylko za każdym razem sprzedać wszystkie sery.
– Gdyby udało się sprzedać wszystkie sery po dobrej cenie, to mógłbyś sobie jeździć i do Amsterdamu, bo stać by nas było na zatrudnienie pomocnika.
– Wiem, wiem – zasmucił się Daan.
„Wówczas wysyłałbym na targ kogoś innego” – pomyślał. Akurat tego najbardziej nie lubił robić.

Co łączy Purple Haze z Deep Purple?

31 stycznia 2014 at 23:00

Na pewno wspólna półka ze zbiorem płyt niejednego wielbiciela mocniejszego uderzenia czy gitarowego grania. Co jeszcze? Na pierwszy rzut oka widać, że słowo purple występuje w obydwu nazwach. W ten sposób jesteśmy bliżej rozwiązania zagadki, ponieważ dotyczy ona bardziej koloru niż dźwięków i gustów muzycznych. Jestem niemalże w 100% pewna, że nikt prawidłowo nie odpowie na tytułowe pytanie. Dlaczego? Ponieważ zakładam, że mało kto słyszał o czarnej marchwi, a nawet jeśli słyszał, to pewnie nie wie, że jej odmiany uprawne to właśnie Purple Haze i Deep Purple. Czym zatem jest to tajemnicze warzywo? Nazwa czarna marchew w połączeniu z przebojem Jimiego Hendrixa i pionierami hard rocka i heavy metalu może nasunąć bardzo różne skojarzenia 😉

A to tylko marchew, w dodatku nawet nie GMO.
Jest mało znana, ponieważ zwykła ukrywać się za plecami innych produktów, jako skromny dodatek. Na czarną marchew trafiłam jedząc ciastka z nadzieniem malinowym. To ona odpowiedzialna była za kolor malinowy i tuszowała brak wystarczającej ilości owoców.
Czarną marchew, a właściwie koncentrat soku z czarnej marchwi, można spotkać w dżemach, jogurtach, lodach, deserach, cukierkach, napojach bezalkoholowych, tabletkach… czyli wszędzie tam, gdzie pożądany kolor od czerwonego po fioletowy.

Kiedyś to ona wiodła prym. Czarna (także purpurowa) marchew znana była w X w. na Środkowym Wschodzie, w Indiach i Europie, dokąd trafiła prawdopodobnie już w VIII w. za sprawą Maurów. Dziko rosnący przodek marchwi pochodzi z Azji (historyczne źródła wskazują na Afganistan, Iran, Irak oraz Azję Mniejszą). Początkowo zarówno on jak i pierwsze udomowione odmiany stosowane były jako zioło czy przyprawa – od czasów starożytnych uprawiano marchew nie dla korzeni, lecz nasion i liści. Przez wieki marchew była udoskonalana, skutkiem czego zmieniła się z małego, cienkiego, twardego, gorzkawego i łykowatego korzenia w duży, słodki, okazały i bardziej smaczny.

Do XVII.w. marchew była  czarna. Spotkać też można wzmianki o czerwonej i żółtej.
Pomarańczowa odmiana pojawiła się dopiero w XVIIw. w Holandii, jako efekt intensywnych prac holenderskich hodowców. Istnieje legenda, że ta odmiana została wyhodowana by uczcić Wilhelma Orańskiego, bohatera narodowego Holandii, i dzięki powiązaniu z uwielbianym władcą zyskała swoją popularność. Bardziej prawdopodobnym jednak jest to, że do sukcesu pomarańczowej marchwi przyczynił się jej bardziej słodki smak i ładniejszy wygląd, w porównaniu z ciemniejszą siostrą, którą wyparła całkowicie. Dziś żyjemy przekonani, że marchewki są pomarańczowe.

Tymczasem czarna marchew powraca. Przede wszystkim jako barwnik, zajmując miejsce koszenili w tych krajach, w których jej stosowanie jest zabronione czy w produktach wegetariańskich. Zawiera dużo antocyjanów, czyli naturalnych substancji barwiących , których kolory różnią się w zależności od pH od czerwonego koloru po fioletowy.
Czarna marchew bogatsza jest niż pomarańczowa odmiana w β-karoten i luteinę, przeciwutleniacze, ma także właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, antywirusowe.
Coraz więcej pojawia się przepisów , coraz częściej można taką marchew w postaci surowej kupić.

Czarna marchew…Black Carrot…mimo wszystko nadal brzmi to tak abstrakcyjnie, że wręcz idealnie nadaje się na nazwę kapeli. Sprawdziłam. Oczywiście jest taki zespół 😉
A zainteresowanych marchewkami odsyłam na stronę World Carrot Museum.

Bibliografia

Jego wysokość król Brie

27 stycznia 2014 at 23:00

Jak wyczytać można na anglo- czy francuskojęzycznych stronach poświęconych serom
[…] bogactwo tego sera podkreślają słodkie i maślane grzyby lub trufle i migdały. Ser ten komponuje się idealnie z Szampanem, czerwonym Bordeaux czy Bourgogne.” Iście królewskie towarzystwo 😉
Królewskie, bo mowa o królu serów, czyli Brie.

Brie ów zaszczytny tytuł uzyskał na Kongresie Wiedeńskim w 1815 r. Choć było to wydarzenie polityczne, liczne bale i przyjęcia sprawiły, że przyjęło się mówić „tańczący kongres”. Podczas jednego z bankietów, francuski minister spraw zagranicznych, książę Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord ogłosił Brie „Le Roi des fromages” twierdząc, że nie ma sobie równych. Koronacja ta spotkała się ze sprzeciwem ze strony austriackiego kanclerza – księcia Klemensa Lothara von Metternich’a, który za najlepszy uznawał niebieski ser z Bawarii – Bavarian Blue. Zatem na ostatnim przyjęciu zorganizowana została degustacja pięćdziesięciu dwóch regionalnych serów, które reprezentowały przedstawicieli różnych państw, obecnych na Kongresie. Na koniec serowych zawodów sam książę Metternich ogłosił Brie księciem serów i pierwszym spośród deserów („ Prince des fromages et premier des desserts „).

Patrząc na historię sera Brie, można dojść do wniosku, że zawsze była mu pisana korona.
Mało kto pewnie zdaje sobie sprawę, że pochodzi on już z VIII wieku. Spośród kilku odmian tego sera : Brie de Montreau, Brie de Melun, Brie de Nangis, Brie nor, Brie fermier, Brie de Meux… ostatni jest najstarszym.
Ser Brie nazwę swoją zawdzięcza historycznemu regionowi Brie (mniej więcej odpowiadał on dzisiejszemu departamentowi Seine-et-Marne (Sekwana i Marna)),  natomiast sam Brie de Meaux- miastu Meaux. Kroniki z czasów Karola Wielkiego podają, że władca miał okazję skosztować Brie w roku 774 i w rezultacie zamówił dostawę dwóch wozów sera każdego roku do Aachen.
Tak bardzo zżył się z dworem królewskim, że zwykło się mówić o nim ser królów czy królewski (King’s cheese, fromage royal). Filip II August (panujący w latach 1180-1223) częstował serem damy na swoim dworze.
Ostatnim życzeniem Ludwika XVI przed egzekucją było podobno zjedzenie Brie. Ta sama rewolucja, która przyniosła śmierć Ludwikowi XVI, zmieniła przydomek sera na „Le Roi des Fromages” czyli król serów.

Zatem książę Talleyrand  wysuwając kandydaturę Brie do miana najlepszego sera  nie tylko kierował się własnym podniebieniem, ale świadomy był poparcia ze strony tysięcy Francuzów i ich wieloletniej miłości do Brie.

Niestety tylko Brie de Meux i Brie de Melun są objęte apelacją  AOC (od 1980r.) , a co za tym idzie, ich produkcja związana jest z  przestrzeganiem ściśle określonych zasad.

Dlaczego niestety? Ponieważ nie wszystkie sery dumnie noszące nazwę Brie, zdołałyby unieść królewską koronę….

Bibliografia

Brownies- dzieło skrzatów czy przypadku?

21 stycznia 2014 at 23:00

Nagle gwałtownie otworzyły się drzwi i do kuchni wpadła dwójka szkrabów, ledwie głowami sięgających ponad blat stołu. Z nimi podążała nieco starsza dziewczynka. Z jej miny i gestów można było wyczytać, że miała sprawować pieczę nad brzdącami, które niestety wymknęły się spod jej kontroli. Podobieństwo i zaledwie kilkuletnia różnica wieku kazały sądzić, że jest starszą siostrą urwisów, nie zaś wykwalifikowaną opiekunką. I stąd może całe to zamieszanie.
– Stójcie, wracamy do bawialni! – zdenerwowana Wendy próbowała złapać chociażby jednego malucha.
Niestety, 5 –letnia Zuzia i 7-letni Harry byli szybsi i zwinniejsi od 13-letniej siostry. Na dodatek nic sobie nie robili z jej próśb i gróźb. Biegali wokół stołu i szafek, szczerze ubawieni całą sytuacją.
Wendy natomiast z minuty na minutę była coraz bardziej przerażona, gdyż co rusz dostrzegała nowe zagrożenia czyhające w kuchni na niesforne rodzeństwo. Ostre kanty szafek, twardy blat, dziesiątki nóg od krzeseł, o które w każdej chwili można się potknąć, słoiki ustawione na półkach regaliku, które w każdej chwili można strącić, czy jajka pozostawione w koszu obok lodówki.
„Dlaczego mama je tu zostawiła?” – pomyślała i wtedy zauważyła blaszkę z czekoladowym ciastem upieczonym przez mamę i odstawionym zapewne do wystudzenia.

8 koni ciągnie wóz. Ile waży ciasto na wozie?

16 stycznia 2014 at 23:00

Kilka powieści J.I. Kraszewskiego osadzonych w czasie panowania w Polsce władców z dynastii Wettinów + rzut okiem na portret króla Augusta autorstwa Jana Matejki i dla mnie August Mocny pozostanie wielkim, silnym ( w końcu łamał podkowy) obżartuchem i rozpustnikiem chyba już na zawsze. I choć wiele pozytywnych dokonań można przypisać temu władcy, a czasy saskie zostały w jakimś stopniu zrehabilitowane, to obraz w mojej głowie trwa w stanie niezmienionym (jak to się mawia: „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”). Odświeżają go historie takie, jak ta.

Byle tylko w czekoladzie, to każdej chorobie zaradzi

9 stycznia 2014 at 23:00

Bruksela0021aaa

– Dziadku, nie jestem w stanie tego połknąć. Naprawdę się staram, ale usta same jakoś tak zamykają się, gdy zbliża się do nich pastylka – 10-letni chłopiec oparty na stosie poduszek próbował z miną osoby strasznie cierpiącej wykręcić się od zażycia lekarstwa. – Takie silne i uparte są moje zęby, że nie mogę nimi ruszyć, popatrz – dodał i wyszczerzył mocno zaciśnięte szczęki.
Jean spojrzał z czułością na wnuka.
– A co powiesz na tę?– zapytał podając na dłoni coś połyskującego, co nie przypominało żadnych spotykanych dotychczas przez chłopaka tabletek.
– Spróbuj, jest smaczna – dodał starszy pan na zachętę, widząc niepewność w oczach swego potomka, Jeana Juniora.
– Dziadku, nie nabierasz mnie? – podejrzliwie, aczkolwiek z figlarnym błyskiem w oku, dopytywał malec. – Mama pewnie kazała tobie jakoś mnie podejść, bym połknął leki.
Mały Jean, który po swoim dziadku poza imieniem nie odziedziczył ani fascynacji odkrywaniem nowych rzeczy, ani zamiłowania do podejmowania wyzwań, chwilę jeszcze się wahał. W końcu, widząc, że dziadek nie ustąpi, z grymasem bólu na twarzy włożył pastylkę do ust.

Moda na tablety

6 stycznia 2014 at 23:00

zatem u nas też tablet, tyle że made in Scotland 😉

Parafrazując jednego ze związanych ze Szkocją blogerów : Daj go swoim przyjaciołom – nawet jeśli nie byli oni twoimi przyjaciółmi dotychczas, teraz staną się nimi na pewno.
Jeśli ktoś myśli, że znajdzie tu instrukcję, jak w cudowny sposób stać się posiadaczem tylu tabletów, by bez wahania można było nimi obdarować znajomych, niestety się rozczaruje.
Bynajmniej nie chodzi o rozdawanie komputerów, a bohatera tego wpisu poza nazwą, nic nie łączy z popularnym urządzeniem przenośnym (chyba że ktoś zajada się tabletem przy tablecie 😉 )

Tablet to Szkocki przysmak, przypominający w smaku krówki czy amerykański fudge, jednak bardziej twardy i kruchy. Bardzo słodki smakołyk, początkowo otrzymywany był z cukru i śmietany. Ponieważ taka mikstura łatwo ulega przypaleniu podczas podgrzewania, z czasem zastąpiono śmietanę mlekiem kondensowanym i masłem. Spotkać można również tablety z dodatkiem aromatu waniliowego, pomarańczowego czy imbirowego.
Wszystkie składniki podgrzewa się i gotuje bardzo ostrożnie do uzyskania jednolitej masy, a następnie wylewa do dużej, płaskiej formy (blaszki) i odstawia na jakiś czas, pozwalając by cukier skrystalizował. Gdy masa całkowicie stężeje i ostygnie, można ją pokroić na małe kostki.

Dlaczego tablet?
Najstarsza drukowana wzmianka wg Oxford English Dictionary pochodzi z 1736 r.
Ten sam słownik sugeruje, że nazwa mogła zostać zapożyczona spośród terminów medycznych, gdyż od połowy XVI w. nazywano tak ( tablet, tablett, tablette, tabelet, tabillet, tabletce) lekarstwa w formie małych dysków lub rombów.

Dla nas żyjących pośród tabletów bardziej naturalne będzie zapewne skojarzenie nazwy deseru z tym, jak wygląda on w czasie przygotowywanie, a dokładnie w momencie, gdy stygnie i krystalizuje na płaskiej powierzchni. Nie jest to błąd, ponieważ inne znaczenia słowa tablet, poza wspomnianym powyżej, to: tabliczka, mała płyta, płaski kawałek drewna pokrytego woskiem i służący do pisania i malowania.

Aby uraczyć przyjaciół szkockim deserem i sprawić im przyjemność, nie potrzeba ani wiele czasu, ani pieniędzy. Chcąc uszczęśliwić bliskich słodkim tabletem warto jednak zwrócić uwagę, czy ktoś przypadkiem nie jest na poświątecznej diecie 😉

Bibliografia

O czym książe do papieża pisywał

19 grudnia 2013 at 23:00

Co może być przedmiotem korespondencji pomiędzy papieżem a księciem Elektorem Świętego Cesarstwa Rzymskiego – Ernestem Wettynem? Wybór cesarza? Problemy z lokalnymi biskupami? Wizyta głowy kościoła w Saksonii? A może coś bardziej prozaicznego? Nawet, jeśli listy miałyby dotyczyć przyziemnych spraw, nie podejrzewałabym, że mogą poruszać temat masła.

„Maślaną” korespondencję rozpoczął Ernest Wettyn, książe saksoński, z troski o portfele i podniebienia swoich podwładnych. W owych czasach (XVw.) Adwent był okresem postu, miał charakter pokutny i ascetyczny. Z tego powodu piekarze nie mogli stosować masła. I to chciał zmienić panujący książe. Jednak, aby wprowadzić jakiekolwiek zmiany, potrzebował zgody papieskiej. Jednym z argumentów miał być fakt, że w Saksonii olej, którego z konieczności używano jako substytutu masła, był bardzo drogi. Poza tym ciasta wypiekane na oleju były niestety mało smaczne. Stąd moje przypuszczenie, że nie tylko aspekty ekonomiczne kierowały księciem Ernestem, ale także nie usatysfakcjonowane kubki smakowe;)
W każdym bądź razie chciał przekonać papieża, wtedy Mikołaja V, do zmian wytycznych adwentowych. Władze kościelne wystawiły cierpliwość elektora na wieloletnią próbę. Dopiero szósty papież z kolei, Innocenty VIII, odesłał odpowiedź, znaną pod nazwą „Butter-letter” i zezwolił na stosowanie masła bez konieczności uiszczania opłat, lecz jedynie rodzinie książęcej i na jego dworze. Co do pozostałych Saksończyków, mogli oni również korzystać z masła, lecz na nich spoczął obowiązek wnoszenia raz do roku określonej opłaty na budowę katedry we Freiburgu. Sytuację zmieniło przejście Saksonii na protestantyzm.

Czy Ernest Wettyn wykazał się szczególną odwagą, zawracając tak ważną głowę, tak błahym tematem? A może papieże średniowiecza zasypywani byli tego typu listami chociażby ze względu na mnogość spraw, które chcieli kontrolować? Tego nie wiem.
„Maślanej” korespondencji zawdzięczamy jednak smak dzisiejszego ciasta Stollen – jednego z najsmaczniejszych świątecznych wypieków, jakie miałam okazję jeść. Tradycja przygotowywania tego aromatycznego ciasta sięga początków XVw., jednak bardzo dalekie ono było od tego, co znamy dziś. Rada Kościoła, która kontrolowała sposób przygotowywania adwentowych wypieków, zezwalając na stosowanie mąki, wody, drożdży i oleju, pozbawiła Stollen smaku.
Pierwszym krokiem ku lepszemu była możliwość dodawania masła:)

Dziś Stollen, pachnący, pełen kandyzowanych owoców, z pysznym marcepanowym nadzieniem i okryty grubą warstwą cukru pudru, to jeden z podstawowych elementów jakże bogatej niemieckiej tradycji Bożonarodzeniowej.