Mysz to czy nie mysz?

7 stycznia 2017 at 22:30

Gdy mama weszła do kuchni pierwszą rzeczą, która przyszła jej do głowy, była mysz. Nie potrafiła zdecydować, czy krzyczeć z powodu grasującego w kuchni gryzonia czy usiąść i rozpaczać nad zmarnowanym ciastem.

No bo skąd w mieszkaniu wzięłaby się mysz? Chyba nie jest często spotykanym lokatorem w bloku. Mama szukała w pamięci, czy ktoś z sąsiadów żalił się na towarzystwo myszy. Karaluchy owszem, ale mysz? Och! A może to jakiś inny zwierz? Wspiął się po balkonach, wdrapał przez uchylone drzwi, schował gdzieś w kącie i czekał. Pod osłoną nocy, gdy wszyscy domownicy smacznie spali, wyszedł z ukrycia i wytropił ciasto. Placek był w opłakanym stanie. Cały pokruszony. Co kawałek dziury jakby ktoś łapkami przekopał całą zawartość foremki. Może to zatem była jakaś kuna albo łasica? Mama bała się podejść do ciasta. Może jeszcze tam grasuje ten zwierz. Przyczaił się. Albo śpi. Jej podejście może go zbudzić. A wówczas na pewno w popłochu rzuci się na nią. Nie, nie ma odwagi, by podejść bliżej i przekonać się, co też tam siedzieć może. Zrobiła to, co w danej chwili wydawało jej się najlepszym rozwiązaniem. Poszła po tatę.

– Witek, Witek obudź się – mama usiadła na łóżku i starała się delikatnie obudzić męża.

– Mmmhh..

– Obudź się. Potrzebna mi twoja pomoc. W naszej kuchni jest mysz.

– Myyysz ? Nie przewidziało ci się? – tata nie kwapił się, by ruszać mamie na ratunek.

– Tak, dobrała się do ciasta, które wczoraj upiekłam.

– Jesteś pewna, że to mysz? A nie miała ona przypadkiem na imię Paulina?

– No co ty! – mama obruszyła się na sugestię taty, że to ona sama mogła podjadać ciasto.

– Musiałabym być nieprzytomna, żeby tak potraktować jakikolwiek wypiek. Chodź ze mną, to zobaczysz.

Po drodze do kuchni tata zapytał jeszcze:

– Wiesz, gdzie się ta mysz ukrywa?

– Nie.

– Widziałaś ją w ogóle?

– Nie.

– Słyszałaś?

– Nie.

– To skąd przekonanie, że to mysz?

– Brałam pod uwagę również inne zwierzęta i szczerze mówiąc nadal ich nie wykluczyłam, ale najbardziej prawdopodobna wydaje się mysz.

– Inne zwierzęta?!?! – tata nie wierzył własnym uszom. – Jakie?

– No kunę, albo jakiegoś kota …może ryjówkę…

– Czy tobie aby na pewno się to nie śniło?

– Wierz mi, wolałabym, żeby to był sen, ale zobacz sam – mama ręką wskazała stojąca na szafie foremkę ze zniszczonym zupełnie ciastem.

– O rety! – wykrzyknął tata. Ku zaskoczeniu mamy bez wahania podszedł bliżej i przyglądał się foremce ze wszystkich stron.

– To na pewno nie była mysz. – oznajmił po chwili.

– Nie?

– Nie. Obstawiam raczej kreta. To krety ryją podziemne korytarze. Może ewentualnie nornica. Tylko że nornica jest za mała. Ale za to nornica pasowałaby do twojego profilu przestępcy. Jest bardziej podobna do myszy.

– Żartujesz sobieze mnie?! – mama była zupełnie zdezorientowana.

– Nie. Próbuję wczuć się w rolę detektywa.

– A nie prościej byłoby wziąć latarkę i poszukać winowajcy pod szafkami?

– Może i prościej, ale pod warunkiem, że jest on małym gryzoniem. – Tata nie przestawał przyglądać się foremce ze zniszczonym plackiem.

– Jeśli jakieś zwierzątko dobrało się do tego ciasta, to raczej po to, by je zjeść, a nie zniszczyć – myślał głośno. – Jeśli zadało sobie trud, by się tu wdrapać, a ciasto okazało się niesmaczne, to zwyczajnie poszłoby dalej. Chyba że się wściekło, że tyle wysiłku na nic. Albo chciało uchronić innych przed jedzeniem niedobrego placka.

Mówiąc to, uśmiechnął się szeroko do mamy.

– Dotychczas to zwykle musiałam chronić moje wypieki przed wami, tak szybko znikały. – odpowiedziała mama z przekąsem.

– Naszej myszy najwidoczniej nie przypadło do gustu. Wygląda, jakby czegoś w nim szukała. Może tego? – tata w ręce trzymał maleńką figurkę krasnoludka.

– Skąd to się wzięło w moim placku?

– Myślałem, że ty mi powiesz.

– Przecież ja tego nie wrzuciłam.

– To może ktoś inny? I nie zauważyłaś.

– Mało prawdopodobne. Ciasto przygotowywałam, gdy inni już spali. Sugerujesz, że może to być któreś z dzieci?

– Zaraz się przekonamy.

W towarzystwie maleńkiego krasnala rodzice poszli do pokoju dzieciaków. Bartek jeszcze smacznie spał. Ale Tosia siedziała na podłodze i oglądała książkę. I to nie pierwszą. Obok niej leżał już niemały stosik. Najwidoczniej nie spała od jakiegoś czasu.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – w końcu małe dziewczynki bardzo lubią przeglądać kolorowe książki – gdyby nie to, że Tosia zwykle rozpoczynała dzień wbiegając do kuchni z uśmiechem i okrzykiem na ustach „Jestem głodna! Proszę o śniadanie!”. Jeśli nie było nikogo w kuchni biegła do sypialni rodziców. Dziś było inaczej.

– Tosiu, znalazłem coś twojego – zaczął nieśmiało tata, pokazując figurkę krasnoludka. Dziewczynka zerwała się na nogi i podskoczyła od razu do taty.

– Znalazł się!! – nie kryła radości – A ja tak długo szukałam i myślałam, że zginął już na zawsze. I że ktoś go zje….

W tym momencie usta dziewczynki wygięły się w podkowę. Cała radość wyparowała.

– Ja nie chciałam zniszczyć tego plackaaaa – Tosia rozpłakała się na dobre – Ale…ale….krasnoludek się zgubił i..i…i..i…nie mogłam go znaaaaleeeeźć…

– Ciiii – mama przytuliła córeczkę. – Upiekę nowy placek. Nie budźmy Bartka. Chodźmy do kuchni i wszystko nam opowiesz.

Przy kuchennym stole dziewczynka się uspokoiła. Tata zapobiegawczo schował ciasto do piekarnika, a mama zaproponowała tosty z konfiturą. Gdy na twarzy dziewczynki znów pojawił się uśmiech, tym razem w towarzystwie wiśniowych wąsów, tata zapytał:

– To jak to było z tym krasnoludkiem? Czego on szukał w placku?

– On niczego nie szukał. Ja go szukałam i nie mogłam znaleźć.

– Tata chciał się zapytać o to, dlaczego twój maleńki krasnalek trafił do placka – wtrąciła się mama.

– Ja go tam włożyłam.

– A dlaczego? – jednocześnie spytali rodzice.

– Bo Maja opowiadała w przedszkolu, że jej ciocia mieszka we Francji i tam się je takie ciasto, w którym jest coś schowane. Taki mały Jezusek chyba. Jak w czekoladowym jajku. Taka figurka. Dobrze już nie pamiętam co. I ten, kto dostanie kawałek z taką figurką, zostaje królem i może rządzić. A inni muszą się go słuchać. – Przy ostatnich słowach Tosia ożywiła się. – I ja też chciałam zostać królem, żeby Bartek się mnie słuchał.

– I włożyłaś figurkę do ciasta?

– Tak. A potem zapomniałam, w którym miejscu ją włożyłam i przestraszyłam się, że Bartek weźmie TEN kawałek i będę musiała się jego słuchać. Chciałam wyjąć krasnoludka, ale nie mogłam go znaleźć. Tyle dziur się zrobiło. Potem cały placek się rozpadł. A krasnoludek gdzieś zniknął…

Dziewczynka znów bliska była łez. Widząc to mama przytuliła ją mocno, a tata powiedział:

– Przecież ty zawsze jesteś moją królewną. Jeśli wolisz króla, to proszę bardzo, możesz być moim królem.

– No co ty, tato. – Tosia rozchmurzyła się na moment, by po chwili znów się żalić- Ja tak bardzo chciałam ciasto z niespodzianką…

– Możemy upiec, takie jak we Francji – oznajmiła mama.

– Tak?

– Tak. Tylko że jeśli się chce brać udział w zabawie z ukrytą figurką, trzeba się liczyć z tym, że ktoś inny może wygrać.

– No to ja nie chcę – nadąsała się dziewczynka.

– A gdybyśmy umówili się, że ten, kto znajdzie figurkę, wybierze grę, w którą razem zagramy. Albo zdecyduje, dokąd pojedziemy na spacer. Co ty na to?

– Hmm. Może być – po chwili namysłu oznajmiła Tosia. – Ale ja pomogę robić ciasto.

– Jakie ciasto? – do kuchni wszedł Bartek. – I co to się stało, że mamy tosty z konfiturą na śniadanie. Czy ja o czymś nie wiem?

– Nie pamiętasz? Przecież dziś dzień królewny Tosi – ku radości córeczki wyjaśnił tata.

Korona dla króla