Migdały w cukrze skąpane

3 listopada 2013 at 23:00

SONY DSC

Życie w rezydencji płynie dość spokojnie. Na tyle spokojnie, że najmłodsi jej mieszkańcy mogą na własną rękę szukać wrażeń, by trochę to życie ubogacić. Mali Antoine i Lucas cieszyli się w zasadzie nieograniczoną swobodą. Pomijając kilka pomieszczeń, do których nie mieli wstępu, mogli do woli biegać po ogrodzie, pałacowych korytarzach, korzystać z biblioteki i oczywiście bawialni dzieci książęcych. W końcu ich tata, Clément Jaluzot, pełnił w pałacu ważną funkcję – dbał o zdrowie i sytość książęcego brzucha.
Chłopcy uczyli się dobrze. Nie tracili na naukę zbyt wiele czasu – bystre umysły wręcz pochłaniały wiedzę,  zwłaszcza z ulubionych przedmiotów czyli geografii i historii. Szybko opanowywali także inne umiejętności, np. jak niepostrzeżenie zwędzić coś z kuchni. Wynosili najróżniejsze rzeczy, od łyżek poprzez kociołki, aż do produktów spożywczych ze spiżarni czy nawet prosto z kuchennego stołu. Akcesoria zazwyczaj były potrzebne im to różnego rodzaju zabaw – sitka służyły jako hełmy, wszelkie chochle, łyżki i szpatułki idealnie nadawały się na broń białą do walki wręcz. Skradzione jedzenie zaś ratowało w chwilach wzmożonego głodu.
Od jakiegoś czasu jednak, zainspirowani zajęciem ojca, rozpoczęli eksperymenty kulinarne i gotowanie dołączyło do listy ulubionych zajęć. Nie zawsze wszystko udawało im się w porę odłożyć na miejsce, czasem po prostu pożyczali coś na dłużej. Jednak przy zgiełku jaki panował zwykle w kuchni, nikt dotychczas niczego podejrzanego nie zauważył. Albo też nie chciał widzieć 😉
Przez ostatnich parę dni, w związku z rozpoczęciem przygotowań do ważnej uroczystości, do rezydencji zjeżdżały rarytasy z różnych stron Europy i Azji. Chłopców rzadziej można było spotkać w pałacu. Więcej czasu spędzali kręcąc się przy różnej rasy koniach na podjeździe czy w stajniach, próbując dogadać się z woźnicami, by móc wspiąć się na kozła czy do wnętrza powozów, jakże odmiennych od tego, co znali na co dzień. Ojciec chłopców, odpowiedzialny za organizację przyjęcia, sam odbierał i kontrolował przesyłki. Miał więc swoich gagatków na oku. Co nie zmienia faktu, że dużo nerwów go kosztowały te zabawy wśród koni, wozów i obcych ludzi. Z ulgą więc i radością przywitał deszczowy dzień i nakazał chłopcom zostać w domu.
Cóż pozostało?… Kuchnia !:)
Niezadowolenie z powodu decyzji ojca towarzyszyło im może parę chwil. Później żyli już myślą, że z powodu zamieszania łatwiej im będzie dotrzeć do zwykle trudno dostępnych zakamarków i najlepiej schowanych skarbów. Niestety, prawdopodobnie nerwowa atmosfera związana z przygotowywaniem przyjęcia udzieliła się wszystkim kucharzom i pomocnikom, gdyż zazwyczaj pobłażliwi, tym razem przeganiali ich, gdy tylko przekraczali próg kuchni wyzywając przy tym, że plączą się pod nogami i przeszkadzają w pracy.
Chłopcy nie mieli zamiaru się poddać i po kilku nieudanych podejściach, uradzili:
– Liczę do trzech, wbiegamy, bierzemy, co nam wpadnie w ręce i ile się da i uciekamy. Spotykamy się w naszej kuchni – powtórzył plan starszy Antoine.
– A jeśli doniosą ojcu? Dotychczas nigdy się na nas tak nie denerwowali- martwił się Lucas.
– Jeśli nas nie złapią, nie będą zawracać ojcu głowy – uspokajał brata Antonie – właśnie dlatego, że zawsze byli dla nas mili, jestem spokojny. Dzisiaj wszyscy są tylko bardziej podenerwowani – tłumaczył.
– Skoro tak mówisz, nie traćmy czasu- Lucas odzyskał pewność siebie.
– Raz, dwa, trzy…
Wparowali do kuchni. Jeden biegł pod stołami, drugi slalomem między zapracowaną służbą. Potrącił przy tym kucharza, któremu łyżka wpadła do wywaru. Zanim kucharz wyłowił zgubę i zaczął się rozglądać za winowajcą, ten dopadł już stojącego pod oknem kosza, wepchnął do kieszeni kilka garści leżących tam migdałów i czmychnął w stronę drzwi. Mniejszy z braci, bystry i zwinny, poradziłby sobie z wędrówką pod stołami bez problemu, gdyby nie złośliwy obrus, w który się zaplątał opuszczając kryjówkę. Zauważył, że brat już wybiega. Chwycił zatem najbliżej stojący kosz, nabrał pełne ręce…. migdałów i łokciami torując sobie drogę, wydostał się na korytarz. Tam wpadł na ojca.
– Już nas tu nie ma – Lucas uśmiechnął się szeroko, obrócił się na pięcie i już go rzeczywiście nie było.
Clément nie zdążył nawet o nic zapytać (o to właśnie chodziło szybkiemu brzdącowi). Zauważył jednak kilka migdałów, które w pośpiechu zgubił mały uciekinier. „Dokąd oni to wynoszą?” – pomyślał i postanowił w wolnej chwili chłopaków odszukać.
Tymczasem Lucas dołączył do brata, który czekał na niego w pomieszczeniu służącym jako przechowywalnia podniszczonych krzeseł, zaadoptowanym na małą eksperymentalną kuchnię.
– Co masz? – zapytał Antonie.
– Migdały – Lucas dumnie wyciągnął przed siebie wypełnione zdobyczą dłonie.
– Migdały?!?…- straszy brat nie krył niezadowolenia – Ja też przyniosłem migdały. Pełne kieszenie. Nie mogłeś wybrać czegoś innego?
– Skąd miałem wiedzieć, że ty też weźmiesz migdały – Lucas odpierał ataki.
– Teraz już nic nie poradzimy – Antoine usiadł na podłodze i od niechcenia przesuwał kilka pestek raz w jedną, raz w drugą stronę.
– Czy one w ogóle są smaczne? – rzucił pytanie i przegryzł jednego migdała.
– Ble – odpowiedział sam sobie.
– Widzisz, mamy zadanie – próbował znaleźć dobre strony całej sytuacji Lucas – musimy opracować przepis, by poprawić smak tych migdałów.
– Masz rację – powiedział Antoine podnosząc się z ziemi. – To jest wyzwanie.
Zapaliły mu się w oczach ogniki młodego wynalazcy.
– Zobaczmy, co mamy w naszym magazynie.
Pod jednym z krzeseł poukładane były pozostałości po poprzednich eksperymentach. Chłopcy nie bardzo mogli się zdecydować, co pasuje do migdałów, póki nie trafili na puszkę z cukrem.
– To jest to, musimy je posłodzić – zadecydował starszy z braci.
Niestety, cukier jakoś nie chciał się trzymać powierzchni migdałów.
– Może rozpuścimy trochę cukru w wodzie? – zaproponował młodszy.
Po chwili zawahania doszli jednak do wniosku, że moczenie w słodkiej wodzie nie brzmi zbyt apetycznie.
– Może zatem wrzucimy wszystko do garnka i podgrzejemy – podzielił się kolejnym pomysłem Lucas, wielbiciel mieszania i wszelkiego rodzaju innowacyjnych mieszanin – Może się posklejają?
– Co nam szkodzi, spróbujmy.
Chłopcy przystąpili do pracy. Ku ich zaskoczeniu i radości po chwili z kociołka zaczął wydobywać się cudowny zapach.
– To będzie pyszne, musi być pyszne.

Nie mieli zielonego pojęcia, że od jakiegoś czasu poszukiwał ich w pałacu ojciec. Cisza panująca w bawialniach i sypialniach skłoniła go do odwiedzenia części rezydencji przeznaczonej dla służby. Tutaj trafił na sprzymierzeńca – ów zniewalający aromat karmelizowanego cukru rozprzestrzeniający się po korytarzach zdradził kryjówkę małych kucharzy.
– Ładnie to tak nie podzielić się posiłkiem z innymi – Clément starał się mówić jak najłagodniej, by nie przestraszyć zbytnio chłopaków.
Niestety, tak byli zajęci konsumowaniem swojego dzieła, że na dźwięk głosu ojca podskoczyli jak oparzeni.
– My tylko tak…- brakowało im słów.
– Nie musicie się bać – uspokajał chłopców ojciec, w głębi serca rozbawiony, gdyż dawno nie widział tak przerażonych min.
– Widzę, że urządziliście sobie tutaj małą kuchnię – dodał rozglądając się po pomieszczeniu.
– Wszystko odniesiemy, tylko pożyczaliśmy…
– Pewnie François nie byłby rad widząc, ile łyżek zniknęło mu z kuchni – zażartował ojciec, nie mogąc oprzeć się pokusie, by postraszyć urwisów jeszcze bardziej.
– Poczęstujcie mnie swoim przysmakiem, a możecie być spokojni, że kucharz o niczym się nie dowie.
Chłopcy w mgnieniu oka nałożyli ojcu migdały na talerz i nawet podsunęli krzesło.
Sam Clément nie miał pojęcia, jakie będą konsekwencje jego żądania. Zastanawiał się, czy będzie w stanie wystarczająco dobrze udawać, że danie mu smakuje.
Tymczasem migdały pokryte karmelem, w który pod wpływem temperatury zamienił się cukier, okazały się przepyszne. Kuchmistrz wcale nie musiał udawać. Brakło mu słów zachwytu.
– Jeśli takie smakołyki będziecie przyrządzać, możecie eksperymentować do woli – powiedział chłopcom.

Sam zaś przez kolejne dni dopracował przepis. Na dzień przyjęcia miał gotową cudowną słodką przekąskę, która oczarowała gości. Z czasem, na cześć właściciela pałacu, hrabiego Plessis- Praslin, nazwano słodycze  praslin,  później przyjęło się określenie praline.
Do dziś we francuskim Montargis kupić można praliny wg oryginalnego przepisu w miejscu, gdzie swój pierwszy sklep otworzył Clément kierowany przeczuciem, że wykombinowany przez jego synów deser podbije serca Francuzów.

Fakty

Bibliografia