Byle tylko w czekoladzie, to każdej chorobie zaradzi

9 stycznia 2014 at 23:00

Bruksela0021aaa

– Dziadku, nie jestem w stanie tego połknąć. Naprawdę się staram, ale usta same jakoś tak zamykają się, gdy zbliża się do nich pastylka – 10-letni chłopiec oparty na stosie poduszek próbował z miną osoby strasznie cierpiącej wykręcić się od zażycia lekarstwa. – Takie silne i uparte są moje zęby, że nie mogę nimi ruszyć, popatrz – dodał i wyszczerzył mocno zaciśnięte szczęki.
Jean spojrzał z czułością na wnuka.
– A co powiesz na tę?– zapytał podając na dłoni coś połyskującego, co nie przypominało żadnych spotykanych dotychczas przez chłopaka tabletek.
– Spróbuj, jest smaczna – dodał starszy pan na zachętę, widząc niepewność w oczach swego potomka, Jeana Juniora.
– Dziadku, nie nabierasz mnie? – podejrzliwie, aczkolwiek z figlarnym błyskiem w oku, dopytywał malec. – Mama pewnie kazała tobie jakoś mnie podejść, bym połknął leki.
Mały Jean, który po swoim dziadku poza imieniem nie odziedziczył ani fascynacji odkrywaniem nowych rzeczy, ani zamiłowania do podejmowania wyzwań, chwilę jeszcze się wahał. W końcu, widząc, że dziadek nie ustąpi, z grymasem bólu na twarzy włożył pastylkę do ust.

Ten dzień i tę pastylkę zapamiętał na długo. Wtedy nie przypuszczał jeszcze, że odmieni jego życie. Zrozumiał, że czasem warto zebrać w sobie całą odwagę i podjąć ryzyko. No i że należy ufać dziadkowi 😉 Poza tym, zrodziło się w jego głowie pytanie: jak dziadek to zrobił? Zapałał chęcią, by za wszelką cenę zgłębić sekret dziadka. „Jak przyrządzać takie smaczne lekarstwa?” – z tą myślą ułożył się wygodnie do snu.
Usatysfakcjonowany pan Neuhaus poprawił jeszcze wnukowi kołdrę i wrócił do pracy. Wystarczyło zejść po schodach na parter i otworzyć pierwsze po lewej stronie drzwi, by dostać się na zaplecze apteki.

Starsi państwo Neuhaus zajmowali pierwsze piętro, syn z rodziną mieszkał zaś na górze. I tak jak dom ten łączył w sobie mieszkanie, aptekę i pracownię, tak życie prywatne Jeana Neuhausa nieustannie przeplatało się z pracą. Należał do grona tych szczęśliwców, dla których zajęcie zarobkowe jest jednocześnie pasją. A miał jej w sobie na tyle, że zaraził nią syna i, jak się później okazało, także wnuka.
A czym się zajmował? Jean Neuhaus był aptekarzem, jednak nie takim zwykłym. Obdarzony talentem cukierniczym, ze Szwajcarii, skąd pochodził, wywiózł na dodatek słabość do czekolady. Wprowadzał zatem w szeregi tradycyjnych leków (tradycyjnie niedobrych 😉 ) nowości takie jak: cukierki z lukrecji na trawienie, pianki guimauves z prawoślazu lekarskiego na kaszel czy pigułki pokryte gorzką czekoladą, która czyniła je znacznie przyjemniejszymi. Te ostatnie właśnie tak oczarowały małego Jeana.

Chłopak od najmłodszych lat kojarzył pracę dziadka z apteką, czyli swego rodzaju sklepem, i pracownią na zapleczu, którą mama nazywała laboratorium. W pracowni panował dziwny zapach, twórczy nieład, jak to określał pan Neuhaus, i ciągle trzeba było uważać, bo coś się gotowało, ważyło, suszyło, studziło… Tam dziadek i tata spędzali najwięcej czasu. 10- latek znacznie bardziej wolał jasną aptekę, z wielkimi oknami, gdzie w szafkach i szufladach poukładane były pudełeczka i butelki pełne różnych specyfików, po które przychodzili bardzo różni klienci.

Jednak od czasu, gdy postanowił poznać sekrety dziadka, coraz częściej zaglądał na zaplecze. Początkowo ojciec go przeganiał, nie widząc większego sensu w tym, by chłopak przesiadywał wśród medykamentów, na dodatek w towarzystwie starszych zamiast rówieśników. Stopniowo jednak mięknął, widząc szczere zainteresowanie syna.
– Nie pamiętasz już, jak to z tobą było? – zapytał pewnego dnia starszy pan Neuhaus.
– Pałętałeś mi się pod nogami próbując za wszelką cenę zobaczyć, co robię. A później ustawiałeś sobie miseczki i garnki na małym stoliczku i naśladowałeś każdy mój ruch. Dużo czasu minęło, zanim przestałeś robić jedynie bałagan i hałas. A ile nerwów mnie te twoje eksperymenty kosztowały – wspominał z uśmiechem.
W rezultacie Jean uzyskał wolny wstęp do tzw. laboratorium. Po kilku dniach Frédéric zaczął żałować decyzji, zasypywany nieustannie pytaniami:
– Dlaczego robimy proszek z tych ziarenek kakao? – Dlaczego nie mogę ruszać prasy? Jestem już duży.
– Dlaczego te korzenie tak długo się suszy?  – Dlaczego muszę ciągle mieszać tę masę? Już mnie ręka boli…
Sięgał jednak wytrwale do najgłębszych pokładów cierpliwości, mając w pamięci słowa ojca, który przypomniał mu, że sam kiedyś był takim brzdącem. A teraz wspólnie z ojcem prowadzi coraz lepiej prosperującą firmę.

Z czasem Jean Junior stał się prawą ręką swojego taty. Gdy dorastał, sprecyzowało się także jego marzenie. Poznał wszelkie sekrety dziadka i zapragnął zrobić coś więcej, coś nieprzeciętnego i naprawdę pysznego.
– Tato, skoro można w czekoladzie zamykać niedobre pigułki, czyniąc je całkiem znośnymi, wyobraź sobie, co by było, gdyby lekarstwa zastąpić czymś naprawdę smacznym. Uzyskalibyśmy słodkości, którym nikt nie potrafiłby się oprzeć -przekonywał.
Temat nadziewanych czekoladek jak bumerang wracał w rozmowach. Niestety, Frédéric sceptycznie podchodził do pomysłu syna. Może zmęczony już eksperymentowaniem chciał zwyczajnie korzystać z dobrodziejstw, jakie daje ugruntowana pozycja na rynku, może zbytnio pochłonęło go prowadzenie firmy i realizacja własnych wizji.

Brak aprobaty ojca nie oznaczał wcale, że Jean nie próbował w wolnych chwilach i w tajemnicy wprowadzić swoich planów w czyn. Marcepan, karmel czy orzechowa gianduja otwierały listę wykorzystywanych składników. Oczywiście obok czekolady. Młody chłopak dopracowywał każdy szczegół przepisów, by pewnego dnia zaskoczyć i oczarować ojca.
Niestety Frédéric efektów nie doczekał.
Gdy zabrakło najważniejszego krytyka Jean długo zastanawiał się, co zrobić z nowymi czekoladkami.

– Są wręcz zniewalające! Nie możesz zatrzymywać ich dla siebie, musi je poznać Bruksela – takie było zdanie żony, która to ostatecznie przekonała Jeana do sprzedaży nowych słodkości. Jeden z późniejszych wyrobów otrzymał jej imię: ‘Louise’.
Czekoladki, nazwane przez twórcę praline, błyskawicznie podbiły serca Belgów.
Mając świadomość, że nie tylko nie zmarnował wieloletniej pracy dziadka i ojca, ale przyczynił się do rozwoju firmy cukierniczej i podniesienia jej renomy, puszczał wodze fantazji i tworzył coraz to nowsze i śmielsze czekoladki.
„Byliby ze mnie dumni” – uśmiechał się do tej myśli i do leżących przed nim pralinek, nazwanych „Jean” i „Frédéric”.

Niektóre z receptur opracowanych przez Jeana Neuhausa wykorzystywane są do dziś, a czekoladki przygotowywane dokładnie tak, jak niemalże 100-lat temu.

Fakty

Bibliografia